Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie 2017 roku

Nigdy chyba jeszcze nie pisałam na blogu zamykających rok podsumowań, a w tym roku, ku własnemu zdziwieniu - poczułam taką potrzebę.
Był to rok, w którym Adaś poszedł do szkoły. Właściwie od samego początku mijającego roku aż do teraz jesteśmy na etapie szkolnej huśtawki. Rok temu nie wiedzieliśmy jeszcze, do której szkoły Adaś pójdzie. Nie wiedzieliśmy nawet, czy będzie to szkoła publiczna, czy prywatna; integracyjna czy zwykła. W pierwszych miesiącach 2017 roku odbyliśmy wiele ważnych rozmów na temat przyszłości szkolnej Adasia - między sobą, z terapeutami, z wychowawcami, z lekarzami. Powoli zaczął nam się z tych rozmów wyłaniać pewien obraz, niekoniecznie zgodny z naszymi wcześniejszymi wyobrażeniami, ale z którym ciężko było się nie zgodzić. Adaś w szkole masowej może nie dać rady, a odpowiednie warunki kształcenia mogłaby zapewnić mu dobra, kameralna szkoła integracyjna. Podczas wędrówki związanej ze zdobywaniem opinii i zaświadczeń potrzebnych do kolejnego orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego, w marcu trafiliśmy po stosowny dokument poświadczający diagnozę do lekarki, która Adasia zupełnie nie znała. Pomimo braku wątpliwości, że Adaś ma autyzm, na zaświadczeniu wpisała HFA - autyzm tzw. wysokofunkcjonujący. W sumie...chyba pozytywne. Choć znów - złudzeń co do przyszłości nie było. Autyzm nie zniknął i nie zniknie; chyba dla osób znających się na rzeczy jest nawet bardziej oczywisty niż dla nas - rodziców. W maju z kolei trzymałam w rękach nowe orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego Adasia, czytałam po kilka razy i powtarzałam w myślach "integracyjna..." Wtedy też chyba ostatecznie dopuściłam do siebie myśl, że naprawdę jest to najlepsze rozwiązanie na teraz. A potem zaczęły się schody, kiedy się okazało, że szkoły integracyjnej u nas w gminie nie ma, a szkoła integracyjna z gminy sąsiedniej Adasia nie przyjmie. Pisałam zresztą o tym sporo. Mnóstwo nerwów nas to wszystko kosztowało. Po rozpoczęciu roku miało być lepiej, tak się przynajmniej łudziłam. Tymczasem jest raczej gorzej. Adaś funkcjonuje zdecydowanie gorzej, nasiliło się napięcie, wybiórczość pokarmowa, wszelkie nadwrażliwości. Adaś (i my) w te kilka miesięcy jesteśmy kłębkiem nerwów, niestety. Co gorsza, innych rozwiązań brak, choć ciągle próbujemy znaleźć wyjście z sytuacji.
Jeśli chodzi o stronę zdrowotną to zwykłych, przyplątujących się choróbsk, w tym roku było sporo i mam szczerą nadzieję, że kolejny rok będzie pod tym względem lepszy. Zaczęło się od grypy u Adasia na początku lutego, a potem już poszło. Co chwila coś. Jak w pracy spojrzałam na ilość wziętych przeze mnie L4 z tytułu choroby dziecka to się złapałam za głowę (mam tylko nadzieję, że szefowa nie zrobiła tego samego...) Jak doliczę dni, kiedy pracowałam z chorym Adasiem z domu - choć za każdym razem, obiecuję sobie, że to był już ten ostatni raz, że nigdy więcej, bo tak się nie da, bo to ze szkodą i dla jakości mojej pracy, ale przede wszystkim dla dziecka - to jednak zawsze zdarza się, że trzeba, że nie ma wyjścia...No nic, radzimy sobie jak możemy. A jak doliczę do tego jeszcze dni, kiedy z Adasiem zostawał tata - czy to biorąc zwolnienie, czy pracując z domu - to robi się z tego naprawdę pokaźna ilość. Pewnego jesiennego dnia zdałam sobie sprawę, że jakbym zsumowała nieprzespane noce, to w pół roku począwszy od lutego, wyszedłby tego z miesiąc i nie mówię tutaj o nocach przerywanych na przebudzenie/podanie leków tylko nie przespanych wcale, albo po 2-3 godziny. Wszystko to się czuje, niestety.
Na szczęście, poza tą grypą, epizodem dziwnych gorączek i niby-bostonką w środku lata, nic takiego się nie działo. Trzy pobyty w szpitalu. Licząc 20 od początku życia Adasia, trzy na rok to średnia....choć życzyłabym sobie (i przede wszystkim Adasiowi), żeby w przyszłym roku nie było ich wcale.
Z poważniejszych spraw, początek roku był ogromnie trudny i szczerze mówiąc, byłam pewna, że skończy się to diagnozą padaczki u Adasia. Pierwszy pełny atak padaczki, bez gorączki, choć co prawda zaraz po przebytej grypie. Wszelkie nadzieje i wątpliwości prysnęły w jednej chwili. Od tamtego czasu minęło kilka miesięcy. Po drodze Adaś był hospitalizowany na oddziale neurologicznym. Nadal nie wiadomo. Lekarze różnie mówią - jedna pani doktor twierdziła, że zapis EEG jest w normie, druga - że zmiany są, ale czekamy, bo nie wiadomo czy to padaczka, trzecia nastraszyła nas zanikającymi komórkami w mózgu i naskoczyła na nas - mówiąc wprost - że dziecko dotychczas nie jest leczone pomimo zmian w EEG i objawów padaczki. To nie tak, że chodzimy to tu, to tam. Mamy lekarkę, pod której opieką Adaś jest od 6 lat i jej zdania się trzymamy. Zna Adasia. A jednak inne - przygodne wizyty - z takich czy innych powodów (konieczne zaświadczenie, brak terminów, urlopy, szpitale) budzą niepokój, albo robią z nas przewrażliwionych rodziców. Nie wiem, co przyniesie rok 2018, ale oby nie było gorzej.
Adaś cały czas dostaje hormon wzrostu i tutaj jest bardzo optymistycznie. Rośnie. Nie nadążam! Wyrasta z ubrań, nie mówiąc już o butach - w rok przeskoczył z rozmiaru 26 na 30. Długi się zrobił, choć z wagą nie szaleje. Co do wzrostu wyniki co prawda nie są tak spektakularne, jak w pierwszym roku leczenia, ale są. Pierwszy rok przyniósł 10,5 cm w górę, kolejny 5 cm. W lipcu Adaś osiągnął 3 centyl - to znaczy nadal jest relatywnie niskim dzieckiem, ale mieści się już w szeroko pojętej normie. To był taki, zdawałoby się początkowo nieosiągalny, cel. Kilka dni temu dowiedziałam się, że po dwukrotnym przyznaniu leczenia na rok, wreszcie Adaś ma hormon przyznany bezterminowo. Biorąc pod uwagę, ile nerwów wiąże się za każdym razem z koniecznością wysyłania wniosków o przedłużenie leczenia, to ogromna ulga.
Skoro już sprawy edukacyjne i zdrowotne zostały z grubsza opisane, przejdę do spraw innych.
W związku z tym, że Adaś poszedł do szkoły, nie przysługuje mu już wczesne wspomaganie rozwoju. Z żalem musieliśmy zrezygnować z zajęć w Promyku Słońca, gdzie chłopak chodził przez pięć ostatnich lat, w tym przez cztery miał zajęcia z naszą panią Iwonką. Wypadły też zajęcia z integracji sensorycznej. Trzeba było zorganizować wszystko od nowa. Na razie Adaś ma 2 x w tygodniu zajęcia rewalidacyjne w szkole. Poza tym szukaliśmy od nowa, prywatnie niestety, zajęć z integracji sensorycznej, które są Adasiowi potrzebne, tym bardziej teraz, kiedy poszedł do szkoły. Tak szukaliśmy, że wyszedł z tego...basen. Więc Adaś - w ramach odwrażliwiania i relaksu - uczy się pływać. W planach mamy jeszcze piłkę nożną (Adaś bardzo chce, ale mamy obawy o wydolność jego organizmu - bo bieganie za piłką to nie lada wysiłek), wspinaczkę (to tata ciągnie w tą stronę) i narty. Jeśli chociaż połowę uda się zrealizować i przede wszystkim - jeśli sport sprawi Adasiowi radość, to będzie naprawdę dobrze.

Wszystkim zaglądającym tutaj życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku 2018,
żeby spełnił on pokładane w nim oczekiwania,
a może nawet przyniósł jeszcze więcej dobrego.

czwartek, 21 grudnia 2017

Odrobina świątecznego nastroju

Śnieg spadł, choinka ubrana, pierniczki upieczone. Odrobina świątecznego nastroju zagościła u nas w domu. Choć niestety dopiero co wyszliśmy z choróbska (forma -my ma tutaj dosłowne znaczenie) i kilka planów świątecznych musieliśmy zmienić, to poczuliśmy już nieco nadchodzące Święta.
Pamiętam ubieranie choinki w wigilijny poranek, ale teraz sobie tego nie wyobrażam - dla Adasia to tyle emocji, że sił by mu nie starczyło na wigilijną wieczerzę. W tym roku zamierzałam na choinkę kupić nowe bombki, ale teraz jestem zdania, że jednak nasze stare już, plastikowe bombki kupione w czasach niemowlęcych Adasia, spisują się świetnie. Przetrwały wszystko - rozrzucenie po pokoju, notoryczne upadki z choinki, a nawet nadepnięcie. 
W tym roku upiekliśmy z Adasiem nasze pierwsze pierniczki - nigdy dotąd ich nie piekliśmy. Ale skoro tylu znajomych zachęcało widokami przygotowywanych przez dzieci ciasteczek, postanowiliśmy spróbować. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania, ale nie ten wizualny, a przynajmniej nie tylko. Teraz każdy pomyślał zapewne o wrażeniach smakowych, ale też nie o to chodzi. Ja się po prostu nie spodziewałam, że moje dziecko (z drobną pomocą - naprawdę drobną) upiecze te pierniczki samo! Oczywiście jeszcze przedwczoraj mogłabym się zarzekać, że może i inne dzieci samodzielnie pieką ciasteczka, ale u nas to nie przejdzie. Taki rodzinny, przyjemny sposób spędzania czasu. U nas było tak kiedyś...kiedyś bardzo dawno temu. A potem było inaczej - choć piekliśmy wspólnie i ciasteczka i babeczki i ciasta, to Adaś miał w sobie tyle emocji (pozytywnych bądź co bądź, ale nieujarzmionych), że ciężko mu było się skoncentrować na danej czynności. W efekcie Adaś rozsypywał, ja piekłam, a kuchnia fruwała...Tym razem zanim przyszłam do kuchni, miałam wszystkie składniki przygotowane! Musiałam tylko Adasiowi na odległość ("nie wchodź mamo do kuchni, radzę sobie") mówić po kolei, co ma przygotować. Pomyślał nawet sam z siebie, że nam się mikser przyda i miska. Potem było jeszcze lepiej. Była nawet chwila, kiedy to ja, a nie Adaś siedziałam wpatrzona w drzwiczki od kuchenki i przyglądałam się, jak ciasteczka się pieką, a mój pomocnik w tym czasie przygotowywał kolejną partię. Nie ma co - pełen luksus. 
PS. Nie martwcie się, nie zostawiłam Adasia samego w kuchni z gorącym piekarnikiem. Poza przygotowaniem wstępnym, resztą prac wspierałam "na miejscu".




wtorek, 27 czerwca 2017

Koktajl truskawkowy

Element kulinarny, wbrew pozorom, jest tylko tłem. W ogóle miałam napisać o zakończeniu przedszkola, przyszłej szkole, o konferencji...Jednym słowem tyle ważnych tematów czeka, a mnie dziś naszło na pisanie o truskawkach. 
Taka sytuacja z dzisiejszego popołudnia, banalna niby i zarazem całkiem przyjemna - wspólne przygotowywanie jedzenia. Dzisiaj jednak zainspirował mnie nie tyle aspekt kulinarny czy też rodzinny, co sposób, w jaki Adaś przygotowywał koktajl.
Nie wiem jednak, czy ktokolwiek po tym wstępie zrozumie, o co mi chodzi, przejdę więc od razu do rzeczy.

Wychodząc na zakupy poprosiłam Adasia, żeby zebrał truskawki. Tak, mamy swoje! W tym roku już się kończą, ale w przyszłym roku zapraszamy, są naprawdę dobre. 
Wróciłam z zakupów. Adaś już w progu pokazał mi, co zebrał - truskawki i porzeczki. Oczywiście nie miałam nawet sekundy, żeby w spokoju rozpakować przyniesione rzeczy. Adaś nie mógł się doczekać. Nie umie czekać. Wszystko musi być "na już". 
Miałam właściwie zamiar sama szybko rozpakować zakupy i zrobić deser, ale skoro synek tak się spieszył do pomocy, jak mogłabym nie skorzystać. Poprosiłam więc, żeby przygotował owoce do zblendowania. 
Ja zajęłam się zakupami, Adaś truskawkami. 
Rozpakowując plecak słyszałam tylko dobiegające zza moich pleców:
-Jedna truskawka...dwie porzeczki...jedna truskawka...dwie porzeczki...
Cały talerz został wypełniony truskawkami i porzeczkami w tejże idealnej proporcji. Nie wiem czemu tak, ale widać Adaś uznał, że akurat tak ma być.
Za mało jednak byłam precyzyjna we wstępnych instrukcjach i tą drogą po chwili w naczyniu od blendera wylądowały owoce we właściwej proporcji co prawda, ale za to  nieobrane i nieumyte.
Tłumaczę więc, że owoce trzeba obrać i umyć. Wspólnie wyciągamy szypułki z truskawek. Porzeczek ruszać nie trzeba, bo zostały już z nich tylko pojedyncze kuleczki. Dorzucam truskawki. Tutaj to ja się zapominam - mają być przecież truskawka i dwie porzeczki, a ja dokładam tylko truskawki. 
W końcu Adaś wzdycha i z rozbrajającą szczerością oznajmia mi:
-Wiesz mamo, ja tego nie robię dla przyjemności. Ja to robię tylko dla ciebie. Jeśli o mnie chodzi, to wolałbym poleżeć na kanapie.
Podejrzewam, że istotny wpływ na to szczere wyznanie miał fakt, iż na rękach miał już nieco rozciaptanych truskawek.
Doceniłam jednak poświęcenie, przytuliłam mojego pomocnika i dokończyliśmy obieranie owoców. 
Teraz czas na ich umycie. Adaś rzucił się szukać sitka. Okazało się, że sitko samo jest do umycia. 
-Mamo! Ale mogłabyś mi trochę pomóc, prawda? Nie mogę przecież WSZYSTKIEGO robić sam! - zawołał w końcu dramatycznym i błagalnym tonem.
Umyłam sitko. Adaś umył owoce. To było znacznie ciekawsze zadanie. Owoce leżą sobie w sitku, woda leci...a potem trzeba było te owoce naprawdę umyć.
Kiedy owoce były już gotowe, dolałam mleka i poprosiłam Adasia, żeby dosypał "trochę" cukru.
-Ile to jest trochę? 
Właśnie, jak wyjaśnić, ile to jest trochę...
Na koniec szklanki i słomki. Za słomki odpowiadał Adaś. Chyba nie muszę pisać, jak wszystkie elegancko i równo zostały włożone. 

Niezwykła precyzja, a zarazem te najprostsze sprawy...
Adaś przygotował koktajl truskawkowo-porzeczkowy (prawie) zupełnie sam.

To z kolei torcik owocowy przygotowany przez Adasia dzień wcześniej (naprawdę oddzielał każdą pojedynczą kuleczkę i zajęło to jakąś godzinę).

niedziela, 14 maja 2017

Majówka

Przyznaję, że rychło w czas te zdjęcia z majówki, ale takie ostatnio mam tempo. Jakieś dwa tygodnie poślizgu. Ze wszystkim. 
Jak co roku w tym samym miejscu. Zgadniecie gdzie?




Wrocławski Ogród Botaniczny. Pomimo zimowej wręcz aury, niektóre rośliny prezentowały się niezwykle okazale. Adaś jak zwykle zafascynowany fontannami i żwirkiem na ścieżce, odkrył przy okazji tajemnicę, dostępną tylko jego wnikliwym oczom. Przesypując żwirek na ścieżce znalazł muszelki. Nie jedną - całe mnóstwo. Przeżył też lekkie rozczarowanie, bo coś, co w zeszłym roku wydawało nam się powstająca fontanną, okazało się...zaledwie oczkiem wodnym.

Kwitnąca jabłoń japońska.
Nie-wiem-jakiej-odmiany; przeczytanie wszystkich tabliczek umieszczonych
obok roślin w tempie nadawanym przez Adasia to mission impossible ;)

Sukulenty.
Weszliśmy do szklarni. Adaś dał się przekonać.

W poniedziałek mój długi weekend się skończył i rankiem, przez zupełnie wyludnione ulice, ruszyłam do pracy, a Adaś z tatą kilka godzin później ruszyli do kina. Dla Adasia była to druga w życiu wizyta w kinie. Zanim wróciłam do domu, synek zdążył stworzyć takie oto dzieło na bazie obejrzanego filmu.


Nie ma też co ukrywać, że tak, jak wszyscy, w cały ten mroźny, majowy weekend z utęsknieniem czekaliśmy na bardziej letnią aurę. 


niedziela, 26 marca 2017

Rozpoczęcie sezonu

Wreszcie przyszła wiosna. Zdecydowanie był to pierwszy prawdziwie wiosenny weekend w tym roku. Odpowiedni czas, żeby zacząć prace ogrodowe. 
Rozpoczęliśmy na całego, bo Adaś, jak już się na coś nastawi, to nie odpuści. Na początek postanowił posiać wczesne marchewki. Pomidory też chciał siać, ale na szczęście na to jest jeszcze sporo za wcześnie. Kolejnej grządki bym nie dała rady przekopać, mąż chyba też. 


Dzisiaj wieczorem przybiegł Adaś z ogrodu i oznajmił stanowczo, że jego marchewka potrzebuje szklarni. W końcu obiecał już babci, że poczęstuje ją marchewką z ogródka, a tymczasem marchewka jest w niebezpieczeństwie! Widział, jak chwilę wcześniej kot przebiegł przez jego świeżo obsianą grządkę.
Jak myślicie, ile można rozmawiać o odpowiednim zabezpieczeniu marchewki na grządce? Godzinę. Dyskusja o szklarni była przed kąpielą, w jej trakcie i podczas przygotowań do snu. Właściwie był to w znacznej mierze adasiowy monolog, który dopiero kategoryczne "idziemy spać" mogło go przerwać.
Prawdziwy pasjonat-ogrodnik.

Wczoraj prace ogrodowe, dzisiaj spacer w poszukiwaniu wiosny...a właściwie w promieniach wiosennego słońca, którego szczególnie szukać nie trzeba było. Adaś jechał na swoim rowerze (bez dodatkowych kółek!) Na fali rośnięcia, którą obserwujemy od roku, rowerek ów powoli dołącza do rzeczy "za małych", ale umiejętność jazdy od zeszłego roku nie została zapomniana. 


Kiedy już powoli wracaliśmy ze spaceru, usłyszałam stukanie dzięcioła. Nie jest to częsty odgłos, chciałam więc, żeby i Adaś go usłyszał:
-Adaś! Słyszysz?...To dzięcioł.
Synek rozejrzał się.
-Gdzie on jest?
-Nie widać go - odparłam.
-Jest niewidzialny? - zapytał Adaś tak, jakby to było całkiem możliwe.
No i trzeba było wytłumaczyć, że taki paradoks - dzięcioła słychać, nie widać i wcale nie jest niewidzialny.

piątek, 24 marca 2017

Taka anegdotka

Zajął się wczoraj Adaś – sam sobą, na chwilkę, która przeciągnęła się może nawet i do pół godziny. Większość być może nie rozumie, co to za wielkie halo. 7-latek bawiący się sam we własnym pokoju. Ja rozumiem aż za dobrze – tak rzadko to się zdarza. Adaś ma problem z samodzielną organizacją czasu; pozostawiony sam sobie zupełnie nie wie, co ma robić.
Tymczasem mama zaganiała już do spania, bo choć godzina była jeszcze w miarę młoda, to biorąc pod uwagę, o której Adaś wstaje ostatnio (grubo przed 7 rano!) i o której zasypia (tak jakoś niewiele przez 22) i jaki miał nastrój w związku z tym przez całe popołudnie (nie podchodź bo gryzę), trzeba było przedsięwziąć odpowiednie środki. Tutaj Adaś zachował się jednak jak każde inne dziecko -  własnie wtedy, gdy trzeba iść spać, jest najlepszy czas na zabawę. Wynegocjował „jeszcze 15 minut” i w związku z tym, że na asystę rodziców, nieco już przyśniętych o tej porze, nie mógł liczyć, poszedł do siebie.
Zawołał nas po jakimś czasie. Zaciągnął do swojego pokoju i pokazał swoje dzieło.
Uwaga...basen dla dinozaura!
Basen ów mieścił się w odwróconym do góry nogami zabawkowym kasku budowniczego. Obudowany był klockami w celu utrzymania odpowiedniej pozycji. W środku basenu taplał się dinozaur i był jeden tylko, maleńki problem...Basen ów był NAPRAWDĘ wypełniony wodą.
Woda była też wkoło, w postaci mokrych kleksów na podłodze.
Wśród całych zachwytów nas basenem i pływającym dinozaurem, stojącemu w drzwiach tacie wyrwało się:
-Jejku! Skąd tu tyle wody!
Można się było spodziewać tłumaczenia, że „się rozlało”, że „niechcący” i takich tam. Spodziewałabym się nawet odpowiedzi, że to chochliki rozlały, albo że ta woda jest normalnym elementem adasiowego pokoju.
Jaka była odpowiedź Adasia?
-Z łazienki.
PS. Prawdę powiedziawszy, przeczuwaliśmy z mężem, co się święci. Wszystko było pod kontrolą. Choć siedzieliśmy na dole, słyszeliśmy te kroki w stronę łazienki i szum wody. Postanowiliśmy jednak pozostawić Adasiowi wolna rękę.

wtorek, 17 stycznia 2017

Nasze własne kolejkowo

Od kilku dni mamy własne kolejkowo.
W planach jest dalsza rozbudowa. 
Wystarczył szablon, trochę kolorowego papieru, odrobina styropianu (nie chcielibyście wiedzieć, jak wyglądała kuchnia po próbach odpowiedniego ukształtowania tego styropianu), bibuła, kalka, klej, nożyczki i do dzieła. 
Do tego trochę czasu, ale że Adaś miał zapalenie krtani i siedzieliśmy w domu - tego akurat mieliśmy pod dostatkiem.
Kiedy pierwszy domek był gotowy, Adaś przeżył lekkie rozczarowanie: 
-Taki mały?! Ja bym chciał domek, do którego bym się sam zmieścił.
(Yyyyyy....)
Ostatecznie jednak przystał na domki w rozmiarze 4x5 cm. Sam odrysowywał i kleił. 
To Adaś bardzo, bardzo chciał pokazać "w Internecie" naszą makietę kolejową. Nawet bym rzekła, że to historyczny, pierwszy wpis współtworzony z Adasiem, bo choć nie siedzi ze mną przy klawiaturze, osobiście zadbał, żebym zamieściła odpowiednie zdjęcia.
To była naprawdę świetna zabawa dla nas obojga. Jakiś czas temu budowaliśmy domki z klocków Lego, teraz z papieru. Wyobraźnia podpowiada, co by tu jeszcze można przedstawić. Miasteczko się rozrasta. Ja ustawiam starannie domki. Adaś do każdego domku przydziela "mieszkańca" w postaci ludzika Lego - dachy muszą być otwierane. Wkoło jeździ pociąg, wprawiając Adasia w zachwyt. Zapomniałabym o efektach specjalnych - nasza makieta ma też noc. Na tą okoliczność synek zorganizował latarki.





EDIT: Pozwoliłam sobie dopisać parę zdań. Pisanie mi ostatnio nie idzie. Zupełnie naturalnie przerzucam się na wizualną formę przekazu. Czyżby czas się przenieść na fotobloga?

poniedziałek, 16 stycznia 2017

"Miny nic nie znaczą"

Taka rozmowa, dla mnie wyjątkowa, bo uchylająca drzwi do adasiowego świata.
Więc wieczorem, po przeczytaniu (a właściwie opowiedzeniu - to ostatnio prawdziwy przebój) bajki na dobranoc, kiedy Adaś był już gotowy do spania, a ja siedziałam obok, odniosłam wrażenie, że synek się uśmiechnął .
- Przypomniało ci się coś wesołego? - zapytałam.
- Nie - odparł Adaś.
- Wydawało mi się, że się uśmiechnąłeś - wyjaśniłam.
- Miny są nieważne.
Poczułam się tak, jakbym nagle weszła w posiadanie ogromnej ilości wiedzy dzięki temu jednemu, prostemu zdaniu.
Postanowiłam pociągnąć temat:
- To, jaką ja mam minę, też jest dla ciebie nieważne?
- Nie chodzi przecież o to, czy ktoś się uśmiecha, czy nie. Ważne jest, czy jesteś szczęśliwa, a nie to, jaką masz minę.
- A to nie jest to samo?- zapytałam, choć po chwili poczułam, że to pytanie jest zupełnie bez sensu.

Niby oczywistą oczywistością jest, że osoby z zaburzeniami ze spektrum autyzmu inaczej postrzegają mimikę i do wyrazu twarzy przywiązują mniejszą wagę.
Zupełnie czymś innym jest jednak, kiedy własne dziecko, posiadające zdolność komunikacji werbalnej od ładnych paru lat, mówi po raz pierwszy w życiu coś, co choć odrobinę pozwala zobaczyć świat jego oczami...

środa, 4 stycznia 2017

Lodowisko

W ubiegłą środę Kolejkowo, w przeddzień Sylwestra lodowisko.
Nasz debiut na łyżwach w tym sezonie. Poza tym, że był to dla nas obojga bardzo miło spędzony czas, Adaś cieszył się ogromnie, cudownie wręcz współpracował, ubrał się najszybciej jak tylko potrafił i nawet nie ociągał się w drodze na przystanek...Poza tym nastąpiło zaskoczenie roku (2016 chyba jeszcze ;)
Dojechaliśmy na lodowisko. Na miejscu okazało się, że akurat tego dnia ślizgawka jest za darmo. To się nazywa mieć szczęście, ale to nie było zaskoczeniem roku, tylko miłą niespodzianką.
Weszliśmy na lód. Wiecie, co się dzieje w przypadku niewprawnych łyżwiarzy tuż po postawieniu łyżew na śliskiej powierzchni? Z reguły nogi rozjeżdżają się każda w swoją stronę. Tak więc było i tym razem, nie ma się co oszukiwać. Już, już miałam Adasia odruchowo złapać za rękę, prowadzić po lodzie, jak to było w sezonie ubiegłym, kiedy Adaś poważnie spojrzał na mnie i niezwykle dojrzale powiedział:
-Nie, mamo, lepiej się jeździ samemu, prawda? To nic, że się czasem wywrócę.
Powiedział to Adaś, który zwykle woli nie spróbować czegoś, niż przekonać się, że tego nie potrafi; który zazwyczaj zrobiłby wszystko, żebym go z tę rękę trzymała.
Potem dzielnie jeździł - sam. Tyle razy wywracał się, podnosił i próbował dalej, że w którymś momencie uświadomiłam sobie, iż sama bym chyba nie miała w sobie tyle siły, by ciągle próbować nie zrażając się.
To było takie...szczerze mówiąc do Adasia niepodobne.
Nie ma co, z taką motywacją to będzie chłopak jeździł na łyżwach!


PS. Adasiowi od wczoraj rusza się pierwszy mleczny ząbek. Wiedziałam, że to nastąpi, ale biorąc pod uwagę znacznie opóźniony wiek kostny u synka nie myślałam, że tak szybko (choć nie wiem, czy słusznie i czy jedno ma z drugim coś wspólnego)!
Rośnie chłopak niesamowicie, niedawno pierwsze ząbki, a teraz już będą zęby stałe...Aaaa!!!
Adaś dumny jest ogromnie z tego ruszającego się ząbka.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Kolejkowo

Ubiegły, poświąteczny tydzień, mieliśmy dla siebie - Adaś i ja.
Ja miałam urlop, więc i Adaś się załapał na kilka dni wolnego od przedszkola. Przydało mu się zdecydowanie. Po pierwsze: Święta Bożego Narodzenia to mimo wszystko spore wyzwanie dla takich dzieci, jak Adaś. Po drugie: w przedszkolu w takim czasie jest zawsze sporo zamieszania, brak regularnego rytmu zajęć, zmiany sal i wychowawców. Zdecydowanie, jeśli tylko była taka możliwość, wskazane było zostawienie sobie tych paru dni wolnych na odpoczynek i poświąteczne przyjemności.

Wybraliśmy się do Kolejkowa
Przewidywany czas zwiedzania: 1 godzina
Czas zwiedzania z Adasiem: 3,5 godziny
To prawdziwy raj dla takiego wielbiciela pociągów, jakim jest Adaś. Pamiętam doskonale, jak kiedyś narzekałam, iż Adaś niczym się nie interesuje - jedni chłopcy lubią samochody, inni klocki, jeszcze inni piłkarzy, roboty - cokolwiek. Adaś nic. No i zmieniło się. Adaś uwielbia pociągi. Po przedszkolu chodzą z tatą w okolice przejazdu kolejowego, lub jadą kawałek dalej, na dworzec i nagrywają przejeżdżające składy. Adaś mógłby to oglądać godzinami, tak wiecie - po adasiowemu...
W Kolejkowie byliśmy już po raz drugi i na pewno pójdziemy jeszcze kiedyś, bo planowana jest rozbudowa. Właściwie za tym pierwszym razem, tuż po wejściu, pomyślałam z lekkim rozczarowaniem "to ma być największa makieta kolejowa w Polsce?" Spodziewałam się czegoś...większego? Jednak z czystym sumieniem powiem, że wystawę można przebiec...albo obejrzeć i zafascynować się każdym, z najwyższą dokładnością oddanym, szczegółem. 
Dodam tylko, że specjalnie ruszyliśmy z domu wczesnym rankiem, by zdążyć na 10.00. Byliśmy jednymi z pierwszych zwiedzających tego dnia. Adaś nie lubi tłumów, więc wiadomo - chciałam uniknąć. Przez pół godziny może było pusto, ale około południa przez Kolejkowo przechodziły już rodziny z mniejszymi i większymi dziećmi, dwudziestokilkuletni fascynaci makiet kolejowych, niemieccy turyści, drużyna zuchów...Jednym słowem to miejsce, które przyciąga każdego.
Zapomniałabym jeszcze o czymś ważnym, co ma ogromny wpływ na klimat Kolejkowa - niezwykłe zaangażowanie twórców tego miejsca.





Teraz jeszcze kilka kolejowych krajobrazów.





Oraz kilka krajobrazów niekolejowych.




sobota, 24 września 2016

Jazda na rowerze

Ostatnio o niewielu wydarzeniach piszę na bieżąco, choćbym nawet czasami chciała. Za mało czasu na pisanie, za dużo się dzieje. Więc niech tym razem będzie (prawie) na bieżąco. Czym jest bowiem dwudniowy poślizg, skoro często zdarza mi się nawet kilkumiesięczny?
Otóż rok temu na Dzień Dziecka Adaś dostał własny, dwukołowy, rower.
Dokładnie 365 dni później, w przeddzień Dnia Dziecka tego roku, Adaś nauczył się samodzielnie jeździć na rowerze, bez pomocy, bez dodatkowych kółek.
Zobaczcie sami.

Przedwczoraj odbyliśmy naszą pierwszą wspólną wyprawę rowerową. Mama, tata i Adaś- każdy na swoim rowerze. Wyprawa była do najbliższego spożywczaka, jakieś 500 m w jedną stronę i tyleż samo w drugą. Myślę, że kiedy zaproponowaliśmy taką wycieczkę, Adaś nie dowierzał, iż to się może udać. To pytanie w oczach "jak to? wy też na swoich rowerach?! naprawdę?"
Jaki był później zaskoczony i szczęśliwy zarazem, kiedy jechał pomiędzy mamą i tatą na własnym rowerze! Udało się. To była radość z samej jazdy i radość płynąca z przekonania, że potrafi - a myślał, że nie potrafi.
-Jestem taki dumny, że aż chce mi się jechać tak szybko, jak wy! - zakrzyknął uradowany. Może forma dość specyficzna, ale przekaz jasny.
Kiedy zbliżaliśmy się już do domu, Adaś oznajmił, że "fajnie" było i pytał, kiedy znowu się wybierzemy wszyscy na rowery. Na co tata...tata się trochę zagalopował, snując wizje bliższych i dalszych rodzinnych wypraw rowerowych. "Do parku to może nie (12 km w jedną stronę!) ale..." 
Chociaż kto wie, może kiedyś, za parę lat nie będą to już abstrakcyjne i futurystyczne wizje?