Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niepełnosprawność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niepełnosprawność. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 maja 2017

#protest

Dzisiaj pod Sejmem odbywa się protest pod hasłem „Ratujmy najsłabszych”. Rodzice dzieci niepełnosprawnych protestują przeciwko planowanym zmianom w prawie oświatowym, które między innymi mają dotyczyć organizacji nauczania indywidualnego. Według nowych przepisów nauczanie indywidualne miałoby się odbywać tylko w domu ucznia, a nie na terenie szkoły. Jednym słowem uczniowie, którzy z różnych względów nie mogą razem z rówieśnikami uczestniczyć we wszystkich lekcjach, nie będą mogli do szkoły w ogóle przychodzić. Ministerstwo Edukacji Narodowej tłumaczy, że skądże znowu! Wycieczki, akademie i inne uroczystości szkolne będą dla nich nadal dostępne. Zaiste łaskawe. Pomijając wszelkie inne okoliczności, które sprawiają, że uroczystości i akademie z reguły nie stwarzają warunków szczególnie sprzyjających dla uczniów, którzy na co dzień w lekcjach szkolnych nie mogą uczestniczyć, przyjście na akademię z okazji Święta Konstytucji 3 Maja, lub obejrzenie Jasełek przygotowanych przez nieznane sobie dzieci na pewno niezwykle zintegruje takiego ucznia z resztą społeczności szkolnej...
Ostatecznie jednak, aby odeprzeć zupełnie niezrozumiałe dla Ministerstwa Edukacji Narodowej ataki rodziców niepełnosprawnych dzieci, przyjęto nieco inną formę obrony. Ano nie inaczej, jak pani Rzecznik Prasowa w imieniu Ministerstwa wyjaśniła zaniepokojonym rodzicom, że przecież nauczanie indywidualne nie jest formą kształcenia dzieci niepełnosprawnych (podrzucam link do strony protestu na fb i wyjaśnień przesłanych tamże przez panią Rzecznik Prasową MEN).
Po przeczytaniu dwóch pierwszych punktów owego wyjaśnienia, stwierdziłam że resztę doczytam z kubkiem melisy.
Jeśli jeszcze nie tak dawno temu (pisałam o tym w poprzednim wpisie) byłam przekonana, że proponowane zmiany nie przejdą, teraz – no cóż, coraz mniej we mnie tej pewności. Ministerstwo Edukacji Narodowej już zdiagnozowało wszelkie problemy uczniów i ma na nie swoje rozwiązania. Szkoda, że niewiele jednak o tych problemach wie...
Czytam znajome blogi oraz wypowiedzi rodziców dzieci, których nauczanie indywidualne dotyczy i tak sobie myślę: dobrze, że piszecie o potrzebach Waszych dzieci. Myślę, że Pani Minister też powinna to przeczytać, żeby dowiedzieć się, dlaczego niektóre dzieci nie mogą chodzić do szkoły na wszystkie lekcje z rówieśnikami, ale na niektóre wręcz powinny. Dlaczego czasami lepszym rozwiązaniem jest, gdy dziecko ma zajęcia prowadzone indywidualnie na terenie szkoły, a nie w domu. Może Pani Minister dowiedziałaby się, dlaczego Franek z autyzmem i niedosłuchem niewiele wyniesie z kilku godzin lekcji prowadzonych w grupie rówieśniczej, a zarazem jak bardzo potrzebny mu jest kontakt innymi dziećmi. Dlaczego inny Franek, ze SMARD, nie może chodzić do szkoły, ale bardzo by chciał raz na jakiś czas móc przyjść do kolegów na lekcję informatyki. Pani Minister może otworzyłaby oczy szerzej i zauważyła, że to są setki dzieci, z różnymi problemami zdrowotnymi, w różnej sytuacji i o różnych potrzebach.
Następnie, w tym samym dokumencie, w punkcie 8 czytam:
Nie można zastępować indywidualizacji kształcenia oraz odpowiednich dla dziecka form wsparcia nauczaniem indywidualnym. Dzieci, które wymagają wsparcia w nauce, powinny mieć zapewnioną pomoc ze strony szkoły – indywidualizację kształcenia, dostosowanie wymagań edukacyjnych, różne formy pomocy psychologiczno-pedagogicznej np. zajęcia dydaktyczno-wyrównawcze czy klasy terapeutyczne. Dyrektor szkoły powinien korzystać z dostępnych możliwości wspierania dziecka. 
Ja widzę tu następujący przekaz: dziecko ma chodzić na zajęcia wspólnie z innymi dziećmi, a szkoła ma mu zapewnić odpowiednie warunki. W teorii pięknie. Nie oszukujmy się jednak, w praktyce bywa z tym różnie. Nasza szkoła rejonowa, na przykład, pomimo najszczerszych chęci, nie stworzy klasy mniej licznej niż 25 uczniów, gdyż zwyczajnie jest przepełniona (tak, to również po trochu zasługa zmian w systemie edukacji, które sprawiły, że  uczniowie 6-tych klas w tejże szkole podstawowej zostaną na kolejny rok zamiast iść do gimnazjum w sąsiedniej miejscowości). Jeśli więc w wyniku wszystkich tych nie-da-się uczeń z niepełnosprawnością sobie nie poradzi, siedząc przez 4-5 godzin w szkole, to zostaną mu zaproponowane zajęcia wyrównawcze (na pewno, jak nie daje rady 4-5 godzin, to 7 wytrzyma), lub przejście do klasy terapeutycznej.
Tutaj wracamy znów do pomysłu, który przewinął się jakiś czas temu - zamiaru umieszczania uczniów niepełnosprawnych w osobnych klasach.
Swoją drogą, jeśli w szkole jest jedno takie dziecko, to co? A wiecie, ile w kilkuset tysięcznym mieście wojewódzkim jest szkół typowo dla dzieci z autyzmem? Naliczyłam dwie. W tym jedna to szkoła specjalna, która dziecka w normie intelektualnej, lecz nie radzącego sobie w warunkach szkolnych, po prostu nie przyjmie.
Tak, są takie dzieci, takie „pomiędzy” przepisami.
Niektórym dzieciom na drodze edukacyjnej pozostaną więc dwa wyjścia – udawać, że jest dobrze i męczyć się w szkole masowej (nawet i bez orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego, bo po co, skoro jego zapisy i tak będą niemożliwe do zrealizowania), albo, gdy jednak się nie da w masowej - szkoła specjalna. 
Tą drogą „problem” dzieci chorych i niepełnosprawnych w systemie edukacji po prostu zniknie. Nie będzie ich widać. Będą „zdrowe” dzieci niewymagające wsparcia i uczęszczające do szkół masowych (nie chcę wiedzieć jakim kosztem), albo „na tyle chore”, że poza wzrokiem społeczeństwa, w szkołach specjalnych lub w czterech ścianach domów.
Czy w proponowanych przepisach jest cokolwiek, co realnie poprawi sytuacje uczniów niepełnosprawnych? Ja, wbrew ministerialnym zapewnieniom, nic takiego wśród nich nie znajduję...

niedziela, 30 kwietnia 2017

Taki mamy klimat

Po poprzednim wpisie znów muszę przyznać, że wiele zależy od ludzi. W Niedzielę Wielkanocną bowiem wybraliśmy się wszyscy, we trójkę, do kościoła na mszę dla dzieci. W innej parafii, żeby była jasność. Tym razem to aż mi się łza wzruszenia zakręciła w oku, kiedy na czas kazania ksiądz poprosił dzieci o podejście pod ołtarz, a Adaś, który o wszystkim został uprzedzony, czekał tylko na te słowa i pierwszy pobiegł do przodu. Centralnie przez środek jednego z największych wrocławskich kościołów (zapobiegawczo usiedliśmy zupełnie z tyłu, żeby się w razie czego ewakuować). Przez chwilę zaliczyłam nawet lekką panikę pod tytułem "gdzie jest moje dziecko?"; tak szybko poleciał, że nie nadążyłam. Kazanie było dla dzieci - proste i z pytaniami. 
Patrząc na to wszystko myślałam sobie, jak niewiele trzeba, żeby msza dla dzieci była naprawdę dla dzieci. Jak niewiele i zarazem jak wiele. Chęci przede wszystkim. Poza tym niewątpliwie trzeba mieć "to coś". Przypomniałam sobie, jak w czasach mojego dzieciństwa i młodości wyglądało to zupełnie tak samo, jak dzieci podchodziły pod ołtarz, a ksiądz nieraz musiał mierzyć się z dziecięcą prostotą i szczerością; i jak na modlitwie wiernych po tysiąc razy z uśmiechem powtarzał, że modlimy się "do Maryi" a "za Maryję" już się modlić nie trzeba.
Adaś stał co prawda plecami do wszystkich i tak się z mężem nawet zastanawialiśmy, na co nasz syn patrzy - a patrzył na płomień świecy, ale to i tak było dużo. Bardzo dużo.

Tymczasem po tym, co napisałam ostatnio, czuję się, jakbym miała pewnego rodzaju dejavu.
Jak się nie nadaje, to niech nie przychodzi. Teraz, o zgrozo, słyszą to rodzice niepełnosprawnych dzieci w kontekście edukacji. Zmiany w systemie edukacji zakładają brak możliwości prowadzenia nauczania indywidualnego na terenie szkoły. Z takiej formy nauczania indywidualnego korzystają między innymi niektóre dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, u których z jednej strony zdolność koncentracji podczas zajęć prowadzonych w klasie jest mocno ograniczona, a z drugiej strony kontakt z rówieśnikami jest nieoceniony z punktu widzenia terapeutycznego. Tak prawdę mówiąc mogłoby się okazać, że w tym całym nowym systemie edukacji dzieci z podobnymi problemami nie podlegają pod żadną kategorię i wyjścia zostałyby dwa - nagiąć w jedną stronę, żeby "nadawały" się do szkoły specjalnej, albo w drugą - cudownie uzdrowić i posłać do szkoły masowej. Żadne z korzyścią.
Nas temat nauczania indywidualnego nie dotyczy, przynajmniej na razie. Adaś jest u początku swojej drogi edukacyjnej, w cieplarnianych jeszcze - przedszkolnych warunkach. Nie oznacza to jednak, że zamiar zamknięcia niektórych uczniów w domach bez wyraźniej potrzeby mnie nie oburza. Oburza czy bardziej smuci? Sama już nie wiem.
Podobno protesty działają. MEN dementuje, że miał na myśli to, co miał na myśli. Mętnie tłumaczy, że to wcale nie tak, jak zapisano w rozporządzeniu. W tym względzie akurat głęboko wierzę, że "to nie przejdzie" i nikt nie zabierze tym dzieciom, dla których to jest najlepszym rozwiązaniem, możliwości indywidualnej nauki z nauczycielem w szkole. Nie zabierze, bo sprawa zrobiła się medialna i jakoś tak głupio się podpisać pod tak dyskryminującym pomysłem.

Zdecydowanie bardziej obawiam się jednak o to, co będzie dalej. Obawiam się, że teraz taki mamy klimat po prostu. Nie tak dawno toczyła się debata nad upchnięciem - przepraszam za słowo - wszystkich dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych w osobnych szkołach. W najlepszym przypadku - w osobnych klasach. Teraz nauczanie indywidualne tylko w domu.
Przez lata ogromne wysiłki szły w stronę włączania osób niepełnosprawnych, począwszy od edukacji, poprzez rynek pracy, szeroko pojętą kulturę...Wiele zapewne jeszcze było do zrobienia, ale - przykładowo - osoba z zespołem Downa w autobusie nikogo już nie dziwiła. Osoby różnego rodzaju niepełnosprawnościami nie były już skazane na życie w czterech ścianach, tak, by nawet sąsiedzi nie wiedzieli o ich istnieniu...Mamy teraz robić krok wstecz?
Najbardziej mnie boli, że może są ludzie, którzy naprawdę tak myślą? Bo jak raz coś takiego usłyszę, to wiecie - ludzie są różni. Ale ja coraz bardziej czuję, że to nie jest przypadek. To jest taki klimat właśnie, gdzie niepełnosprawność spychana jest w obszar pomocy charytatywnej, czterech ścian domu i wytrwałości matczynej. Ludzie mogą najwyżej kiwać głowami, współczuć i wrzucić parę groszy. 

piątek, 14 kwietnia 2017

Spowiedź matki "innego" dziecka

No tak...autyzm...niepełnosprawność...
Ksiądz zamyśla się na chwilę.
Odróżnić trzeba to, co jest dopustem Bożym od kary za grzechy.
Matka nie dowierza. Mamy XXI wiek chyba...
Ksiądz zaś kontynuuje, że w kościele obowiązują pewne normy i zasady. Większość ma swoje prawa. Kościół jest miejscem modlitwy. W kościele najważniejszy jest Pan Bóg. Jeśli mniejszość się nie nadaje, to niech lepiej nie przychodzi.
Autyzm w kościele nie jest mile widziany.
Nie ważne, że to niezawinione.
Zaraz, wróć – przecież powiedział przed chwilą, że jednak zawinione.
Matka dziecka autystycznego ma ochotę usiąść i płakać. Nie nad autyzmem, nie nad tym, że na co dzień ciężko, nie nad błędami własnymi, tylko nad głupotą ludzką. Więc są jeszcze ludzie myślący w ten sposób...
Po jakimś czasie myślenia i niedowierzania, przychodzi przekonanie, że musiała coś źle zrozumieć, z intencjami księdza się rozminąć, że słów o karze za grzechy po prostu być nie mogło.

Jeśli to jednak prawda i słowa takie padły, to jak gorzko one brzmią w zderzeniu z walką kościoła o każde życie, także to dotknięte niepełnosprawnością od urodzenia.
Niech się dziecko urodzi, tylko później, jeśli nie będzie „się nadawało” do kościoła, to niech lepiej nie przychodzi. Niech nie przeszkadza większości w modlitwie...
Rodziny są mile widziane takie pełne i modelowe; kiedy przychodzą mama, tata i gromadka grzecznych, ułożonych dzieci. Niemowlęta płakać nie powinny, ale one mimo wszystko w końcu wyrosną, dorosną, będą umiały „się zachować”.
Innych Kościół nie chce.
Dla dobrego samopoczucia własnego ludzie przekażą parę groszy czy też wspomogą fundację działającą na rzecz niepełnosprawnych. Kościół zorganizuje jakiś przytułek.
Tylko nikt nie pomyśli nawet, że takie osoby mają prawo nie tylko żyć, ale żyć wśród nas...
Nie gdzieś tam w domu, w czterech ścianach, w poszanowaniu prawa większości do dobrego samopoczucia...

I tak matka sobie myśli, że może pójdzie na plebanię i porozmawia o autyzmie (bo na tym zna się najlepiej), może powie, że autyzm to nie kara za grzechy, może podrzuci kilka mądrych artykułów.
Tylko czy ktoś zechce słuchać?

sobota, 21 stycznia 2017

"Wariat" w przestrzeni publicznej

W dodatku do Rzeczpospolitej „Plus Minus” z dnia 7 stycznia 2017 został opublikowany artykuł prof. Piotra Nowaka pt. Czy ludzie niezrównoważeni psychicznie powinni być przyjmowani na uczelnie wyższe.
Prawdę powiedziawszy po przeczytaniu wstępu nie miałam absolutnie chęci na czytanie dalszej części. Przeczytałam jednak, bo nieuczciwie byłoby wyrażać sprzeciw wobec artykułu, z którym nie zapoznałam się od początku do końca. Bez owijania w bawełnę: ciągle miałam nadzieję, że za mieszanką obraźliwych określeń oraz nieprawdziwych sformułowań kryje się drugie dno, jakiś sens głębszy. Głębszego sensu jednak nie znalazłam. Druga część artykułu w moim odczuciu była jedynie pseudonaukową próbą uzasadnienia, nie przystających na szczęście do dzisiejszych czasów, poglądów autora.
Tak się składa, że znam jednego takiego studenta, a dziś już absolwenta. Nie przyszłoby mi na myśl, żeby nazywać go wariatem, ani też nie uważam, że na uczelnię wyższą nie powinien mieć wstępu. Nie jestem co prawda wykładowcą akademickim, ale swego czasu podejmowałam się wyjaśniania mu pojęć abstrakcyjnych. Skończył studia z dobrym wynikiem, bez taryfy ulgowej.
Wracając do artykułu, nie wiem właściwie od czego zacząć: od poważnych błędów merytorycznych, czy też od użytego w nim języka. W obu bowiem przypadkach treści, które znalazły się w artykule, wydają się niegodne osoby ze świata nauki; co więcej - uważam, że nie powinny się znaleźć w prasie o zasięgu ogólnopolskim.
Zacznę może od spraw merytorycznych. Cały artykuł oparty został na założeniu, że student z zespołem Aspergera zalicza się do osób chorych psychicznie, niezrównoważonych oraz niepoczytalnych. Choroba psychiczna jest tu utożsamiana z upośledzeniem umysłowym, zaburzenia ze spektrum autyzmu określa się mianem choroby psychicznej. W sferze pojęć zupełny mętlik. Osoby znające temat oburzają się na ignorancję oraz powrót do poziomu wiedzy naukowej sprzed przynajmniej pięćdziesięciu lat. Osoby tematu nie znające podciągną zespół Aspergera pod chorobę psychiczną i opinia taka zacznie na nowo krążyć, choć całe lata zajęło wykorzenienie ze świadomości społeczeństwa nieprawdziwych stereotypów.
Zespół Aspergera nie jest chorobą psychiczną. Nie wiąże się z upośledzeniem umysłowym. Osoby takie po prostu inaczej postrzegają otaczający nas świat. To tak dla porządku.
Teraz przejdę do warstwy językowej, bo sama już nie wiem, co mnie bardziej uderzyło - przekazywanie nieprawdziwych informacji czy sposób, w jaki zostało to zrobione. Razi mnie używanie w prasie słów uznawanych za obraźliwe. Nie zgadzam się na formułowanie myśli w sposób taki, by wzbudzać nienawiść i budować podziały.
Miałam kiedyś zamiar napisać o takich określeniach, jak autysta, autik czy Aspi, zastanawiając się czy słowa te, choć potoczne, są niewłaściwe? Doszłam do wniosku, że wiele zależy od intencji. W tym przypadku podobne rozważania wydają się mało istotne. Nikt bowiem nie ma wątpliwości, że nazwanie kogoś "wariatem" czy "obłąkanym" ma na wydźwięk pejoratywny i z taką też intencją słowa te zostały użyte.
Co więcej, kilka dni później w Gazecie Wyborczej w tekście Profesorze, jest pan faszystą? prof. Nowak tłumaczył się z użytych sformułowań w taki sposób:
Czym innym jest język publicystyki i język potoczny, czym innym zaś język dyskursu naukowego i zwykłej przyzwoitości w obcowaniu z innymi ludźmi. Nie dopuszczam nawet myśli, że nie tylko ja, ale ktokolwiek inny mógłby w mojej obecności i w obecności osoby psychicznie chorej powiedzieć do niej czy o niej „wariat” czy nawet „chory psychicznie” (...)
Pozostaje więc zadać retoryczne pytanie: czy takie powinny być standardy współżycia społecznego, że można o kimś mówić źle, ale tylko za jego plecami? Niskie to standardy, szczerze mówiąc. Niezgodne z elementarnymi zasadami kultury osobistej.

Cały problem, opisany w tak bulwersujący dla wielu odbiorców sposób, mogłabym zamknąć w jednym, zaczerpniętym z artykułu prof. Nowaka, zdaniu:
Chory psychicznie student niczego (poza wątpliwą odmianą socjalizacji) nie zyskuje na moich zajęciach, gdyż nie potrafię go niczego nauczyć.
Nieudolność własna. Nie to jest jednak sednem sprawy. Sama pisałam kiedyś, że wymaganie od każdego nauczyciela odpowiednich umiejętności i wiedzy, jak postępować z dzieckiem (w tym przypadku dorosłym) z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, jest niemożliwe. On ma prawo tego nie wiedzieć. Rzecz w tym, żeby miał odpowiednie wsparcie merytoryczne. Czytam jednak dalej:
Właśnie usłyszałem od niego, że szykują dla mnie – dla mnie, nie dla tego studenta! – „zespół wsparcia", który ma się składać (domniemam, gdyż nie wiem tego na pewno) z psychologów, czyli tych, którzy de facto będą sądzić zawsze we własnej sprawie.
Nie tylko w sferze merytorycznej więc, ale i mentalnej, cofamy się tutaj o przynajmniej pięćdziesiąt lat, kiedy to skorzystanie z pomocy psychologa było uznawane za wstyd. Nie jestem w stanie pojąć, jak w XXI wieku ktoś może obrażać się na propozycję merytorycznego wsparcia w podobnej sytuacji.
Nawoływanie do dyskryminacji wydaje się być przykrywką dla własnej niewiedzy - do której pan profesor zapewne nie przywykł. Jest wyrazem niechęci do opuszczenia własnej strefy komfortu i podjęcia nowych wyzwań. Uczciwiej byłoby spróbować chociaż i zapewniam - w wielu podobnych przypadkach się to udaje.

niedziela, 27 listopada 2016

Niepełnosprawne dzieci w kościele

Pół roku temu media obiegł opis sytuacji, która zdarzyła się w trakcie Wielkanocnej Mszy w pewnej małej miejscowości w Polsce. Podczas liturgii ksiądz wyprosił z kościoła matkę z niepełnosprawnym chłopcem, zarzucając jej....brak mądrości. Głupotę, mówiąc kolokwialnie, choć słowo to nie padło. Głupotą więc miało być pozostawanie w kościele i nie domyślenie się, że jej dziecko księdzu (i w domyśle innym wiernym) po prostu przeszkadza...
Smutne to bardzo. Trudno mi wyobrazić sobie większy brak empatii, zrozumienia, brak człowieczeństwa wręcz. Tym bardziej smutne, że w ocenie sytuacji pomylić się nie dało. To nie było dziecko z autyzmem; takie dzieci często są niesprawiedliwie osądzane, a za ich zachowanie wini się samo dziecko, rodziców, metody wychowawcze. To było dziecko z ciężkim porażeniem mózgowym – nie chodzące, nie mówiące, nie widzące. Ksiądz więc wiedział, że tu nie o wychowanie chodzi. Chodziło więc tylko i wyłącznie o to, że przeszkadza.
Jednostkowy przypadek, ludzie są różni, każdy popełnia błędy i tak dalej. Trudno jednak uznać, że nic się nie stało, skoro to jedno zdanie mogło zburzyć czyjeś pojęcie o własnym miejscu w świecie, zabrać sens codziennego wysiłku, wbić w ziemię...bardziej niż niepełnosprawność dziecka.
Taka sytuacja nigdy nie powinna była mieć miejsca, a jednak się zdarzyła.

Tymczasem o codzienności. Skąd mi się wzięło, że postanowiłam napisać o (niepełnosprawnych) dzieciach w kościele? Ano z rozejrzenia się wkoło, jeśli mam być szczera.
Mnie osobiście nigdy żadna przykrość nie spotkała, choć chodziliśmy z Adasiem do kościoła co tydzień i pomimo najszczerszych chęci, bywało różnie. Adaś kościoła nie lubi. Lepiej jest, jeśli nie ma organisty. Nie oznacza to niestety, że wtedy jest zupełnie dobrze. Ostatnio udaje nam się przyjść na jakieś 10-15 minut i stoimy w przedsionku. Tyle.
Moja koleżanka pokazała jakiś czas temu w Internecie zdjęcie kościoła otwartego, z kącikiem dla dzieci na dodatek. Co prawda nie w Polsce, a w dalekiej Australii i co prawda kościół nie był katolicki, ale protestancki.  Gdyby tak u nas...Marzenie! W przypadku takiego dziecka, jak Adaś, myślę, że byłoby to rozwiązanie idealne. Moglibyśmy przyjść, kiedy jest pusto, nie ma tłumów, dźwięków i słów, sprawiających Adasiowi dyskomfort. Kiedy byliśmy z mężem w Anglii, jeszcze zanim urodził się Adaś, chodziliśmy do kościoła, w którym na czas kazania dzieci szły do salki obok. Tam rysowały, śpiewały i miały swoje zajęcia. Potem wracały i razem z rodzicami uczestniczyły w dalszej części mszy. Uważałam to za bardzo dobre rozwiązanie - ktoś zrozumiał, że dziecko, mimo najlepszych chęci, godziny w spokoju nie wysiedzi. Ono musi coś robić, a jeśli rysuje, śpiewa czy nawet biega na temat związany z niedzielną Ewangelią - tym lepiej.
Tymczasem pod zdjęciem, ku mojemu zdziwieniu, pojawiły się pełne oburzenia głosy. Dziecko od małego ma znać powagę miejsca. Jak się dziecko na mszy zachować nie umie, to niech go rodzice nie przyprowadzają. Czarę goryczy przelały żale pewnego studenta, który opisywał, jak to kiedyś całą mszę musiał wytrzymać z dzieckiem, które podskakiwało. Pomyślał ponoć, że "biedny chłopiec jest na pewno chory i pobudliwy", co nie przeszkodziło mu, by w myślach mieć ochotę wynieść chłopca z kościoła i sprawić mu lanie (!) Miałam nawet ochotę coś napisać, ale uznałam, że emocje najlepszym doradcą w takich wypadkach nie są.
Rozejrzałam się wkoło i znów ze zdziwieniem stwierdziłam, że takie postawy nie są rzadkością.
Przemyślałam sobie później to i owo. Jedyne rady, jakie ja słyszałam od księży, jeśli chodzi o dziecko z autyzmem, mające problem z zachowaniem w kościele, to stać pod kościołem albo przychodzić na zmianę z mężem.
Można by nawet taką argumentację przyjąć w przypadku małych dzieci, które po prostu wyrosną, dojrzeją.
Są jednak dzieci, które nigdy być może nie dojrzeją. Które zawsze będą kręcić się w kółko, trzepotać rączkami...
Jak o tym wszystkim myślę, to trochę mi jednak przykro, bo czuję, że kościół TAKICH dzieci/dorosłych po prostu nie chce.
Bo oni przeszkadzają...

PS. Mój Adaś kiedyś tak się kiwał. Całe 20 minut. A ja byłam dumna, że wytrzymywał i słuchał nawet i wiem, że było to 200% jego możliwości.