wtorek, 27 stycznia 2015

Spadł śnieg, niestety

Adaś bardzo lubi śnieg. Zwłaszcza po poprzedniej, zupełnie bezśnieżnej zimie. Na sam widok białego puchu za oknem buzia mu się uśmiecha. 
Wstałam rano i zobaczyłam, że wkoło jest biało. Tym razem wcale się nie ucieszyłam. Śnieg jest u nas tak rzadko. Dziś jest, a jutro już go nie będzie...Jak tu powiedzieć Adasiowi, który za chwilę wyjrzy za okno i zobaczy tyyyle śniegu, że dzisiaj nie wyjdziemy się pobawić? A na pewno nie na tak długo, jak by chciał. 
Adaś od razu miał plan - sanki, bałwanek (tylko nie taki mały, jak bałwanek sąsiada, musimy ulepić większego!), rzucanie śnieżkami i obowiązkowo odśnieżenie przed domem. I co? Nic.
Nadal siedzimy w domu. W piątek wydawało nam się, że tym razem 2-3 dni i będzie po sprawie. Tymczasem przeziębienie ciągnie się już prawie tydzień i końca nie widać. W niedzielny wieczór Adaś dostarczył nam standardowo mocnych wrażeń i znów mało na dyżur nie jechaliśmy. Zresztą tak sobie myślę, że gdyby nie nasze wcześniejsze doświadczenia, może byśmy się aż tak nie wystraszyli. Ale doświadczenia mamy, jakie mamy i nigdy nie wiemy, czego się spodziewać. Inhalacje z soli fizjologicznej nie dały rady i trzeba było dołożyć Pulmicort. 
Miało przejść. Przeszło. Na mnie, Adasia przy tym wcale nie opuszczając. Wyjątkowo uparty wirus. Oby tylko tatę Adasia oszczędził, bo na razie - Adaś marudny (jeśli czuje się tak, jak ja, to nie ma co się dziwić), ja marudna. Dołączenie kolejnej marudnej osoby mogłoby się okazać mieszanką wybuchową. 
Z drugiej strony to tylko przeziębienie. Zostaję z Adasiem sama w domu ze spokojem. Układam plany dnia, wymyślam zabawy. Robimy inhalacje, a poza tym gotujemy, bawimy się i pewnie trochę mamy już dość tego siedzenia w domu. Tak zwyczajnie. 
Nie zawsze tak było. Bywało, często bywało, że zostając z chorym Adasiem w domu miałam duszę na ramieniu. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza