sobota, 19 marca 2016

Absurdy procedur i nie tylko cz. 2

Sprawa z wydaniem dokumentacji, patrząc z perspektywy czasu, wygląda po prostu absurdalnie. Dokumentacja do wydania "pilnie" za tydzień, albo za dwa, podczas, gdy potrzebna jest do dalszego leczenia na już.
Jest jednak jeszcze jedna sytuacja z pobytu na oddziale chirurgii dziecięcej. Długo myślałam, czy powinnam ją tutaj opisać i doszłam do wniosku, że tak. Skarga do dyrekcji szpitala swoją drogą - wiele pewnie nie zmieni.
Tym razem o procedurach najprawdopodobniej z aspektem finansowym w tle. Tak się przynajmniej domyślam. Procedurach, które nie tylko nie działają na korzyść pacjentów, ale mogą kosztować ich zdrowie, a nawet życie.
Ze względu na różne przeprawy z Adasiem, nabawiłam się zarazkofobii. To, co dla kogoś jest zwykłym przeziębieniem, w przypadku mojego dziecka może skończyć się pobytem w szpitalu. Podchodzę więc dość alergicznie do wszelkich form świadomego roznoszenia zarazków. Staram się też, żeby Adaś, kiedy jest chory, nie kontaktował się z innymi dziećmi. Nigdy nie wiadomo, kogo może zarazić i jak dane dziecko przejdzie infekcję. Może prezentuję postawę skrajną, ale są pewne elementarne zasady.
Sytuacja, która zdarzyła się na oddziale chirurgii dziecięcej, nie mieści mi się w głowie. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak lekarz może podejmować tak nieodpowiedzialne decyzje w tak ważnych sprawach.
Tutaj nie o Adasia chodzi, a może - o Adasia pośrednio. Przede wszystkim jednak o inne dzieci.
Trafił Adaś na oddział chirurgii dziecięcej i zaraz, z powodu drgawek, został umieszczony na intensywnej terapii. Wieczorem tego samego dnia tata Adasia sprawdził wiadomości mailowe i od razu zadzwonił do mnie. Prawie cała grupa Adasia jest chora. U wszystkich infekcja objawia się podobnie - bardzo wysoką i trudną do zbicia gorączką. Nieciekawie. Oczywiście pierwsze, co nam przyszło do głowy, to grypa. Więc zaraz pomyślałam z przerażeniem, co nas jeszcze czeka. A potem, że jeśli to jest wirus, który tak łatwo się przenosi, to Adaś absolutnie nie powinien być leczony na oddziale chirurgii dziecięcej, gdzie są dzieci przygotowywane do zabiegów operacyjnych, lub zaraz po zabiegach.
Od razu podzieliłam się informacją z personelem szpitala. Na drugi dzień, przy obchodzie, podjęłam temat z lekarką. Pani doktor praktycznie nie dała mi dojść do słowa, drążąc kwestię słuszności, bądź nie, odstawienia na czas infekcji hormonu wzrostu (w sprawie aktualnego stanu zdrowia Adasia naprawdę nie miało to znaczenia).
Adaś zaczynał już kaszleć krtaniowo, ale Pulmicortu na oddziale brak. Zresztą pani doktor była przekonana, że to nie wirus tylko bakteria i wpisała w kartę antybiotyk. Chciałabym mieć przekonanie, że słusznie.
Wreszcie, na trzeci dzień, po ustabilizowaniu poziomu glukozy, przy braku jakichkolwiek innych niepokojących objawów, poza utrzymującą się gorączką, Adaś mógł opuścić intensywną terapię.
Jakież było moje zdziwienie, że ma trafić...znów na chirurgię, zamiast na pediatrię. Podjęłam rozmowę zupełnie wprost - dlaczego chirurgia, skoro to jest infekcja? Mówiłam, że moim zdaniem moje dziecko nie powinno być leczone na tym oddziale, bo może pozarażać inne dzieci, i że na miejscu rodziców innych dzieci miałabym (słuszne) pretensje, że ich dziecko przychodzi na zabieg, a wychodzi chore, i jakie skutki może mieć taka infekcja dla tych dzieci, i tak osłabionych narkozą. Zresztą - na oddziale chirurgii dziecięcej nie ma warunków do leczenia infekcji. Pani doktor była jednak nieprzejednana. Odesłała nas na chirurgię, mętnie tłumacząc, że Adaś ma mieć jeszcze raz usg brzuszka, żeby ten wyrostek na 100% wykluczyć.
Przydzielono nam wspólną salę, jak się okazało, z chłopakiem po chemioterapii. Więc razem z mamą tamtego chłopca poszłyśmy tłumaczyć, dlaczego nasze dzieci nie mogą leżeć obok siebie. Pani pielęgniarka w międzyczasie się obraziła i oznajmiła, że mam sobie sama szukać miejsca, skoro mi się nie podoba. Pani doktor patrzyła na mnie, jak na kosmitkę, kiedy po raz kolejny powtarzałam, że moje dziecko powinno trafić na pediatrię, a nie na chirurgię i że potencjalnie może zarażać nie-wiadomo-czym, jakimś mocno zaraźliwym wirusem, może grypą.
Znalazło się miejsce na innej sali.
Następnego dnia inna pani doktor, bez zbadania Adasia, oznajmiła, że Adaś jest "pacjentem pediatrycznym". Odeślą nas na pediatrię. Zapytałam, co się przez ten jeden dzień zmieniło. Więc pani doktor powiedziała mi wprost, że "rozmawiamy o pierdołach" i mam jej czasu nie zajmować. Nie będzie ze mną rozmawiać o procedurach. Potem było jeszcze to zdjęcie rtg płuc i okazało się, że nie na pediatrię tylko na pulmonologię. Zapewne zabrakło inhalacji z Pulmicortu, które w warunkach domowych wykonujemy standardowo w takich sytuacjach. Źle leczona infekcja u Adasia ekspresowo zeszła na płuca. Tyle.
Domyślam się, co się zmieniło. Minął zapewne czas, po którym szpital dostanie zwrot kosztów leczenia. Nieważne, że w tym czasie mnóstwo osób było narażonych na kontakt z wirusem, w tym pacjenci, którzy absolutnie z żadnym wirusem nie powinni mieć kontaktu. 

środa, 16 marca 2016

Absurdy procedur i nie tylko cz.1

Początkowo człowiek ma zamiar walczyć, dzwonić, skargę do dyrekcji szpitala napisać, pełen naiwnej wiary, że miałoby to odnieść jakiś skutek. Z dnia na dzień, po kolejnych wykonanych telefonach, tego zapału jest mniej. Coraz mniej. W końcu człowiek siada i myśli sobie, na co mu to wszystko. Zakopuje się w bezpieczną, domową atmosferę i odcina to, co było, grubą kreską. Nic się nie stało przecież. Głową...procedur nie przebije.
Z chirurgii Adaś trafił na oddział pulmonologiczny. Na podstawie zdjęcia RTG stwierdzono u niego zapalenie płuc.
Telefon od męża:
-Gdzie jest wynik RTG Adasia?
Nie wiem, nie widziałam na oczy. Wypisu też na oczy nie widziałam i nawet nie mam pojęcia, co on zawiera. (Mało profesjonalne podejście przy wypisie z chirurgii dziecięcej pominę.)
Wynik RTG, jak się okazało, został razem z całą dokumentacją leczenia, w poprzednim szpitalu. Tymczasem nasza nowa pani doktor prowadząca chciała zobaczyć ten wynik, bo to, co była w stanie "wysłuchać" u Adasia przy badaniu, nie zgadzało jej się z opisem zdjęcia. Wykazała się tutaj podobną naiwnością, co my, stwierdzając najpierw, że "pewnie zapomnieli dołączyć zdjęcie", a następnie prosząc tatę Adasia, żeby po nie po prostu pojechał. Wykonany telefon pozbawił jednak złudzeń. Nikt niczego dołączyć nie zapomniał (choć rzeczywiście, my raz właśnie ze szpitala dostaliśmy kopię RTG na płycie bez większych problemów i pisania wniosków - jako załącznik do wypisu). Trzeba napisać podanie o udostępnienie dokumentacji medycznej, odczekać, zapłacić...może za dwa tygodnie będzie.
Pani doktor w następnych dniach podjęła dalsze kroki w celu szybszego wydobycia potrzebnego jej badania, ale w końcu musiała się poddać.
Ja zadzwoniłam do NFZ-u po to tylko, żeby usłyszeć, że to jest w porządku i tak ma być. Zgodnie z procedurami. Skoro to zdjęcie jest mi potrzebne na już, to muszę poprosić. Może się uda. (Nikt mi go nie musi wydać szybciej niż ustawowe 30 dni, oni mi je "łaskawie" mogą wydać szybciej.)
Przeszukałam internet i nagle oświeciło mnie, że jest sporo osób, głównie ze złamaniami kończyn, z podobnym problemem. Trafia taki pacjent do szpitala, gdzie mu zrobią zdjęcie, opiszą, że kończyna złamana, unieruchomią i odeślą do przychodni. Lekarz w przychodni chce widzieć nie tylko informację, że kończyna jest złamana, ale i obraz złamania - kluczowy dla dalszego leczenia. A tymczasem zdjęcia brak...
Obdzwoniłam też szpital, który miał nam wydać wynik badania. Zostałam grzecznie i kulturalnie poinstruowana, skąd pobrać podanie i że może w takiej sytuacji warto dopisać, że to pilne. Nabrałam nawet jakiejś nadziei, że dopisek "pilne" załatwi sprawę.
Małżonek zawiózł nasze podanie. Oczywiście osobiście trzeba, jakieś 20 km. Zwiedził sekretariat szpitalny i archiwum, gdzie usłyszał, że skoro pilne, to "może na za tydzień będzie".
Kiedy właśnie zbierał myśli  (pewnie na twarzy miał wypisane "kiedy?!"), pani obróciła się na pięcie:
-No co pan myśli, my tu mamy mnóstwo podań z prokuratury!
(Acha...na za tydzień raczej nie będzie).
Na szczęście Adaś przestał gorączkować, zmiana antybiotyku nie była konieczna. Daliśmy radę bez wyniku badania.
Nauczka na przyszłość? Wniosków brak. Co najwyżej można siąść i...odpuścić. Bo po co się denerwować, skoro nerwów i tak nie brakuje.

wtorek, 15 marca 2016

Szpital

Za nami kolejny pobyt w szpitalu. Nie jestem już w stanie zliczyć który...W 5,5-letnim życiu Adasia prawie dwudziesty...
Drugi raz na intensywnej terapii.
Teraz przyczyną były drgawki gorączkowe.
Długo był spokój, nawet bardzo długo. Od poprzednich drgawek gorączkowych minęły ponad dwa lata. Niemal uwierzyliśmy, że coś takiego nigdy już się nie zdarzy, że układ nerwowy Adasia po prostu dojrzał. Tymczasem wystarczyło niespełna 39 stopni na termometrze, żeby wywołać napad. Taki, że Adaś przestał oddychać.
Wszystko działo się w szpitalu. Zupełnie przypadkowo, przez błędną diagnozę, Adaś trafił na oddział chirurgii dziecięcej z podejrzeniem zapalenia wyrostka. Wszyscy tak się przejęli perspektywą operacji, że kontrolowanie temperatury zeszło na dalszy plan. Tym bardziej, że jeszcze na izbie przyjęć było idealne 36,6 (zmierzone przez panią pielęgniarkę termometrem wyjętym z szafy i chyba niezbyt dokładnie). Gdy trafiliśmy na oddział było już ponad 38 stopni. Powiedziałam, że dziecko musi szybko dostać lek, bo w przeszłości miało drgawki gorączkowe. Myślałam, że mówię to tylko profilaktycznie...Wystarczyła minuta, może dwie.
Mąż został z Adasiem. Ja pobiegłam po lekarza. Potem na prośbę lekarza po pielęgniarki. W tym biegu widziałam, jak lekarz robił Adasiowi masaż serca.
Wszystko się uspokoiło po dożylnym podaniu leku na gorączkę. Potem tlen i szybko na intensywną terapię.
Na szczęście później nic się dramatycznego nie działo.
...Zastaliśmy tylko inną szpitalną rzeczywistość, przypominającą nam czas zaraz po urodzeniu Adasia. Dźwięki aparatury mierzącej funkcje życiowe, zielone fartuchy...
Najgorzej było wieczorem - okropna świadomość, że trzeba tu Adasia zostawić samego. Aż do 7 rano. A Adaś już wszystko wie i rozumie. I pamięta, że mama zawsze z nim zostawała, w każdym szpitalu...
Następnego dnia mieliśmy wracać na zwykły oddział, ale cukier zaczął u Adasia szaleć, osiągając naprawdę wysokie wartości. Więc spędziliśmy kolejny dzień na intensywnej terapii. Potem jeszcze jeden dzień na chirurgii, raczej ze względów proceduralno-finansowych niż z realnej potrzeby. Śmiem nawet twierdzić, że wręcz ze szkodą ogólną, ale o tym może innym razem. Następnie przyplątało się zapalenie płuc i Adaś został przewieziony na pulmonologię.
Jakkolwiek to zabrzmi odetchnęłam z ulgą - znany szpital, znane miejsce, rodzice i dzieci razem na sali...No i Adaś już zdrowiejący. Dwa dni na oddziale, antybiotyk, inhalacje i do domu na doleczenie.
Od weekendu jesteśmy w domu.
Adaś ma już umówiony termin na oddziale neurologicznym - na wrzesień. Oby do tego czasu nic się nie działo.
Wirus paskudny rozłożył całą grupę Adasia. W ubiegłym tygodniu na prawie 20 dzieci do przedszkola nie chodził nikt (słownie: frekwencja wyniosła zero). W większości przypadków dzieci pozarażały całe rodziny, włącznie z babciami, ciotkami, wujkami i wszystkimi, z którymi mieli kontakt (mnie też nie oszczędziło).

piątek, 19 lutego 2016

Z adasiowych mądrości

Po wczorajszym raczej ponurym wpisie czas na coś lżejszego.
Wiecie, co oznacza umowa o pracę na czas nieokreślony? Gdy tata próbował wyjaśnić sprawę Adasiowi, synek stwierdził, że on już wszystko wie:
-...To znaczy, że jak mama się spóźni do pracy, to nic się takiego nie stanie.
Więc wiecie - umowa na czas nieokreślony znaczy tyle, że można się w "nieokreślonym czasie" stawiać w pracy ;)

czwartek, 18 lutego 2016

O stresach i wątpliwościach wszelakich

Na co dzień, kiedy nic się nie dzieje, staram się za dużo nie myśleć. Nie zastawiam się, nie snuję jakiś-tam scenariuszy. Wszelkie obawy i wątpliwości chowam gdzieś głęboko i sama staram się zapomnieć o ich istnieniu. Jest normalnie. Przychodzi jednak taki czas, kiedy coś zaczyna się dziać. Wtedy znów spokój znika i pojawia się niepewność. 
Niepewność, czy wszystkie adasiowe medyczne sprawy nie połączą się w jakąś jedną całość. Czy nie jest to coś, na co powinniśmy zareagować odpowiednio wcześnie. Trudno jest jednak działać, kiedy nie wiadomo, z czym mamy do czynienia.
Do tej niepewności dochodzi nieraz stres, taki na tu i teraz. To uczucie, kiedy serce podchodzi do gardła, bo Adaś nagle robi się zmęczony i blady, bo nie śpi prawie całą noc, budzi się i chce pić...Ten rodzaj stresu, kiedy nie wiemy, co się wydarzy za chwilę. Może nic, a może...
Niedawno Adaś, po raz pierwszy chyba, powiedział nam to, co już wcześniej przeczuwaliśmy w takich sytuacjach. Powiedział, że czuje się „dziwnie”. 
Nie pomagają tutaj zbytnio rozmowy z lekarzami, bo najczęściej oni również nie są w stanie niczego konkretnego powiedzieć. Słyszę, że tak być nie powinno, ale nikt nie wie, dlaczego tak jest. Gdyby się uprzeć – to szpital, badania, ale znów - czy to potrzeba czy zbytnia ostrożność? Mamy obserwować i czekać, jak się sprawy rozwiną. Na szczęście tym razem po paru dniach wszystko wróciło do normy.
Nastraszył nas nieźle poziom glukozy u Adasia. Teoretycznie powinien być zbyt niski - to dałoby się wytłumaczyć z medycznego punktu widzenia - ale był zbyt wysoki. Wróciła obawa, czy nie dzieje się coś w kierunku cukrzycy, już kilkukrotnie podejrzewanej i wykluczanej.
Do tego chwila, kiedy widziałam wyraźnie, iż Adaś pod względem rozwoju fizycznego jest znacznie mniej sprawny niż inne dzieci.
Do tego rozmowy o szkole - jeszcze we wrześniu Adaś był idealnym kandydatem na ucznia, z możliwościami intelektualnymi powyżej normy. Obecnie ledwo średnia, wiele rzeczy do nadrobienia, do wypracowania.
Tak się wszystko zbiegło, mało jakoś optymistycznie.
Najbardziej jednak nas nastraszył ten cukier. Sytuacja jest już opanowana. Ogromna ulga, że przeszło, tylko znak zapytania na przyszłość - co to było i dlaczego?

sobota, 6 lutego 2016

Sporty zimowe

W tym roku Adaś nauczył się jeździć na sankach.

Z górki (kierowanie sankami opanowane)...
...i pod górkę...
...a czasami i tak ;)

Podczas spacerów z sankami przechodziliśmy co tydzień koło lodowiska. Tak się Adaś przyglądał i przyglądał, że postanowiliśmy spróbować. Trochę było problemu ze znalezieniem odpowiedniego rozmiaru łyżew, ale udało się (prawie) dopasować sprzęt i wybrać na lodowisko.



Po godzinie jazdy Adaś był bardzo zmęczony, ale zadowolony. Wytrwał do samego końca i chciał jeszcze, chociaż ledwo się na nogach trzymał ;)
Adasia łyżwiarski debiut był już dwa tygodnie temu. Od tego czasu ciągle słyszymy "kiedy znowu pójdziemy na lodowisko?" Całkiem pozytywny objaw.

środa, 3 lutego 2016

Duże Sprawy w Małych Głowach

Nie będzie to recenzja. Zresztą byłoby nie w porządku pisanie recenzji książki przed przeczytaniem jej w
całości. Wolę jednak nieco wyprzedzić wewnętrzny przymus napisania choćby paru słów (bo wiem, że
prędkiej, czy później taki wewnętrzny przymus by się pojawił ;) Będzie więc kilka, spisanych na bieżąco, refleksji o naszej przygodzie z książką "Duże Sprawy w Małych Głowach".
Dla porządku zacznę jednak od paru słów na temat samej książki. Jej autorką jest Agnieszka Kossowska, mama Dzielnego Franka. Franek ma autyzm oraz posługuje się językiem migowym. Książka „Duże Sprawy w Małych Głowach” ma na celu przybliżenie dzieciom tego, z czym zmagają się ich niepełnosprawni rówieśnicy. Napisana jest z perspektywy dziecka z danym rodzajem niepełnosprawności. Porusza temat autyzmu, niepełnosprawności sensorycznej (problemy ze wzrokiem i słuchem), ruchowej oraz intelektualnej.
My – znaczy się ja i Adaś – przeczytaliśmy na razie rozdział o niepełnosprawności sensorycznej i o autyzmie. Wracając jednak do początku...
W ubiegły czwartek odbyły się dwa spotkania we wrocławskich bibliotekach, podczas których była rozdawana książka (dla zainteresowanych dodam informację, że po feriach zimowych planowane są we Wrocławiu kolejne spotkania). Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy będziemy mieli możliwość w nich uczestniczyć, ale udało się – z czego ogromnie się cieszę. Nie ma co ukrywać - na książkę czekałam od grudniowej premiery, początkowo licząc nawet na udział w spotkaniu autorskim w Opolu, niestety niemożliwy ze względu na szkarlatynę Adasia.
Na wrocławskie czytanie książki dodarli tata z Adasiem. Obawiałam się, że już na samym początku będzie bunt, być może w ogóle wykluczający wyprawę do biblioteki – bo biblioteki tamtego dnia w planach nie było. Myślałam, że jeśli już Adaś da się przekonać, to będzie "przeżywał" samo miejsce. Może opowie, że było dużo ludzi, albo kręcące się kule do siedzenia? Zakładałam również mniej optymistyczne scenariusze, zakończone przyspieszoną ewakuacją. Nic z tych rzeczy.
Kiedy, wracając z biblioteki, tata z Adasiem odebrali mnie z pracy, Adaś od razu pochwalił się, że „ma książkę”. Podczas spotkania czytane były fragmenty o niepełnosprawności sensorycznej - Adaś mi to powiedział. Dużo mówił o samej książce, pamiętał dokładnie wszytko. Opowiedział mi o alfabecie Braille’a - że jest szorstki i inne dzieci podchodziły spróbować, ale on nie chciał.
W domu zażyczył sobie „nową książkę” na dobranoc. Wpadłam w lekką panikę, bo zwykłam wpierw sama czytać lektury, które później czytam dziecku. Zwłaszcza w przypadku książek poruszających trudne tematy. Zaufałam jednak Autorom książki i przyznam, że nie żałuję. Niepełnosprawność przedstawiona została w przystępny sposób, nawet dla wyjątkowo wrażliwego dziecka, jakim jest Adaś.
Tamtego wieczora Adaś zażyczył sobie rozdział o niewidomej Ani. Nie wiem, czy dlatego, że jest on wydrukowany na żółtych stronach, a żółty to jeden z jego ulubionych kolorów? Czy może dlatego, że akurat ten rozdział był czytany w bibliotece? Albo dlatego, że chciał ponownie „podejść” do alfabetu Braille’a?
Najpierw razem liczyliśmy zwierzątka. Ania ma dużo zwierzątek, więc Adaś na palcach dodawał:
-..dwie papużki, kotek...
Następnie policzyliśmy rybki w adasiowym akwarium, a potem czytaliśmy dalej...
Nie wiem, czy Adaś potrafił zrozumieć problem z przestawianiem przedmiotów – jakie to musi być denerwujące dla bohaterki książki, kiedy płatki śniadaniowe stoją w innym miejscu niż powinny, ale słuchał uważnie. Ja natomiast zrozumiałam doskonale i dziwię się sobie, że wcześniej bym o tym nie pomyślała, skoro to takie oczywiste. Jako osoba o dość słabym wzroku nieraz szukałam okularów i bardzo mnie denerwowało, kiedy nie było ich tam, gdzie się ich spodziewałam. Okulary położone na szafce dla krótkowidza o znacznej wadzie wzroku zlewają się z podłożem i musi on dotykiem sprawdzać, czy rzeczywiście tam są. Dlaczego więc nie pomyślałabym, że dla osoby niewidomej problemem może być przestawienie przez kogoś jakiegoś przedmiotu w inne miejsce? Potem przenieśliśmy się w świat nowinek technicznych. Otwierałam oczy ze zdumienia, że istnieje coś takiego, jak czujnik kolorów, że jest urządzenie pomagające napełnić szklankę odpowiednią ilością płynu...Na końcu alfabet Braille'a. Adaś długo mu się przyglądał.
Następnego dnia czytaliśmy rozdział dotyczący dzieci z autyzmem. Zastanawiałam się, jak Adaś zareaguje. Czy może powie mi, że czasami odbiera świat podobnie jak bohater tego rozdziału, Franek? 
Mam wrażenie, że rozdział o autyzmie okazał się dla Adasia niezrozumiały, a raczej - za bardzo zrozumiały. Te refleksje wykraczają już nieco może poza ramy książki, ale dla mnie są ważne. Czytanie tego rozdziału uświadomiło mi coś dla mnie istotnego. Adaś nie widzi inności w dzieciach autystycznych. Nie zastanawia się, dlaczego czasami machają rękami, albo czemu krzyczą. Dla niego jest oczywiste, że suszarka do rąk "boli", a świat składa się z oderwanych od siebie kawałków.
Franek z pierwszego rozdziału książki nie lubi koloru czerwonego i jabłek...
-Mamo, ja wiem, czemu Franek nie lubi jabłek. Przecież jabłka w większości są czerwone - powiedział Adaś tak, jakby zupełnie normalną konsekwencją nielubienia koloru czerwonego było nielubienie jabłek, które bywają czerwone.
Rozumiecie tę logikę? Mnie rozłożyła na łopatki. 
Kolejnym razem przeczytaliśmy rozdział o dzieciach głuchych i słabosłyszących. Ćwiczyliśmy razem czytanie z ruchu ust, a potem spróbowałam nauczyć Adasia kilku podstawowych zwrotów w języku migowym. Zainteresowały go obrazki postaci. Sam zapytał, co one pokazują. Zaczęliśmy od "dzień dobry".
-Ojej, mamo, aż tak długo? - Adaś wyraził swoje zdanie na temat złożoności zwrotu "dzień dobry" w języku migowym, a przecież w języku polskim to również są dwa wyrazy.
Znów nauczyłam się czegoś. Doceniłam, jak trudna jest nauka migowego w przypadku dziecka mającego problemy z koordynacją ruchową. U nas gest "dzień dobry" miał zakończenie gdzieś w okolicach czoła, podczas gdy na obrazku (i "na mamie") były to raczej okolice brody. 

Dotychczas najtrudniejszym pytaniem, które zostało mi zadane przez rówieśnika Adasia, było:
-Dlaczego Adaś jeździ w wózku?
Pytanie to zadał najlepszy kolega Adasia, kiedy razem z nim i jego mamą wracaliśmy z przedszkola. Adaś miał wtedy 4,5 roku, kolega trochę więcej.
Wiecie, dlaczego akurat to pytanie było takie trudne? Dlatego, że nie znałam na nie odpowiedzi. Właśnie - dlaczego, skoro teoretycznie Adaś mógłby chodzić sam, a z drugiej strony tyle razy próbowaliśmy i nic z tego nie wychodziło?
Mam nadzieję, że niedługo uda mi się "Duże Sprawy w Małych Głowach" zanieść do adasiowego przedszkola. Na to konkretne pytanie, niekatualne już zresztą, nie ma w tej książce odpowiedzi, są za to odpowiedzi na wiele innych ważnych dziecięcych "dlaczego?"

PS. Rozpoczęła się już zbiórka na drugi nakład książki, gdyż pierwszy rozszedł się bardzo szybko. Książka jest darmowa - to informacja dla niewtajemniczonych ;)