piątek, 25 kwietnia 2014

O Świętach i tym razem trochę mało świątecznych

Święta były, a my siedzieliśmy w domu. Wszystkie plany się rozmyły.
...W domu - i na szczęście w domu. Podobnie jak w Boże Narodzenie.
Adasia znowu dopadło zapalenie krtani. W czwartek wieczorem dostał wysokiej gorączki. W nocy dołączył typowy, szczekający kaszel. Dobrze, że tylko kaszel, bez duszności. Może inhalacja pomogła? W piątek rano Adaś wyglądał nawet dobrze. Dopóki działały leki przeciwgorączkowe, wszystko było w porządku. W przychodni pani doktor przyznała, że dziecko jest w świetniej formie...Nie zdążyliśmy dojechać do domu, a Adaś miał już 41 stopni gorączki.
Jakkolwiek to zabrzmi, za każdym kolejnym razem mam w sobie więcej spokoju. Wszystko przebiega podobnie. Wiem już, że może się nam uda gorączkę zbić. Wiem, co powinnam robić. To nie znaczy, że się nie boję, ale nie panikuję.
Lek przeciwgorączkowy, chłodne okłady, Relsed pod ręką i...czekanie. To jest najgorsze - czuwanie, czy gorączka zacznie spadać, czy nie dojdzie do drgawek, czy nie będzie się działo coś jeszcze gorszego.
U Adasia gorączka zaczyna spadać dopiero po godzinie od podania leku. To też już wiem z doświadczenia.
Kilka nieprzespanych nocy, kiedy czuwaliśmy, czy gorączka nie rośnie. Najbardziej boję się właśnie tego: Adaś jeszcze nigdy nie obudził się z powodu gorączki, a temperatura wzrasta u niego bardzo szybko. Lek przeciwgorączkowy, który powinien działać kilka godzin, czasem działa przez niespełna godzinę. Żeby tylko nie przegapić momentu, gdy trzeba reagować...
W piątek i sobotę żyliśmy w ogromnym napięciu. Jak zwykle - torba do szpitala gotowa, na wszelki wypadek. Stres, czy nic się nie będzie działo.
Tym razem udało się sytuację opanować.

W każdym razie, podobnie jak w Boże Narodzenie, byliśmy absolutnie niezorganizowani i nieświąteczni. Mąż na ostatnią chwilę biegł poświęcić koszyczek, którego zawartość przygotowałam w pół godziny. Czasu nie mamy, siły nie mamy, niektóre sprawy trzeba było odpuścić. Miałam nawet (pierwszy raz od nie-pamiętam-kiedy) nie ozdabiać jajek, tylko je zabarwić cebulą, ale jakoś udało mi się z całkiem niezłym efektem, wyskrobać na jajkach wzorki w 15 minut.
Chwilę wcześniej zważyło mi się ciasto na babkę, przygotowywane razem z Adasiem. Przypaliłam obiad, a wyciągając go z piekarnika oparzyłam sobie rękę. Po tej akcji mój małżonek w żartach stwierdził, że zbliżam się do anty-ideału perfekcyjnej pani domu.
Po drodze były jeszcze zakupy. Mąż, również na ostatnią chwilę, a jakże!, pobiegł do sklepu po najbardziej niezbędne artykuły żywnościowe z nadzieją, że sklep ten będzie jeszcze otwarty.

Niedzielny poranek przywitał nas słońcem. Z lekkim niedowierzaniem stwierdziliśmy też, że Adaś nie ma gorączki. Powoli odstawiliśmy leki na gorączkę...i nic. Wszystko dobrze. Zapalenie krtani jak nagle przyszło, tak nagle sobie poszło.
Święta zaczęły się dla nas w Niedzielę Wielkanocną. Jaki spokój. Jaka radość z krótkiego spaceru! Radość, że w domu i że słońce świeci. Radość z pójścia do kościoła, choć "na zmianę".
Przed Świętami zastanawiałam się, jak przekazać 3,5-latkowi ich istotę. W końcu Adaś zapytał. Spróbowałam. Krótko, jak najprościej. Jedno zdanie, które Adaś kazał sobie powtórzyć kilkanaście razy. A ja nadal nie wiem, czy stanęłam na wysokości zadania...
Z bardziej przyziemnych spraw - Adaś był elegancki. Zgodził się założyć koszulę! Po czym powiedział, że jak ma być elegancki, to skarpetki też. I wziął swoje ulubione, zielone :) 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Kubeł zimnej wody...

Bardzo długi czas przedszkolnej adaptacji Adaś ma już za sobą. Oswoił nowe dla niego otoczenie i  przyjął fakt, że codziennie rano idzie do przedszkola. Z początkiem tego roku skończyły się poranny płacz w domu i krzyki w przedszkolu. Właściwie nawet łagodne protesty zdarzają się rzadko. Od końca stycznia Adaś uczęszcza do przedszkola regularnie, bez większych przerw. Jednym słowem, przez ostanie 2,5 miesiąca poważniejsza infekcja się nie zdarzyła i zaczynam odczuwać cichą nadzieję, że układ odpornościowy Adasia jest już nieco dojrzalszy. 

Powinnam się cieszyć, że wreszcie ten trudny dla całej rodziny etap mamy za sobą. Tymczasem ja sama nie wiem, czy jest to postęp czy...krok do tyłu. 
Chwilami czuję się, jakby mi ktoś wylał kubeł zimnej wody na głowę. 
Rok temu pani psychiatra, odmawiając wydania diagnozy potrzebnej do uzyskania orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego, argumentowała, że "zna NAPRAWDĘ autystyczne dzieci, które radzą sobie w zwykłych masowych przedszkolach". Może nie do końca uwierzyliśmy, że Adaś poradzi sobie bez żadnego wsparcia w przedszkolu, w którym jest w grupie 25 dzieci. Ja na początku nieco się łudziłam, ale szybko zostałam sprowadzona na ziemię. Brak orzeczenia zamknął Adasiowi drogę do przedszkoli integracyjnych. Wybraliśmy więc niewielkie przedszkole niepubliczne niedaleko od domu, z głęboką nadzieją, że po uzyskaniu potrzebnych dokumentów Adaś będzie tam miał odpowiednie wsparcie i będzie to dla niego odpowiednie miejsce.
Przyznaję, dokumentacja medyczna Adasia zajmuje cały segregator. Autyzm, padaczka, problemy z odpornością, niedobór hormonu wzrostu i podejrzenie choroby genetycznej. Jeśli chodzi o padaczkę to sprawa jest ciągle niewiadoma, ale po tym, jak Adaś stracił przytomność w grudniu żaden z lekarzy nie pozostawiał nam złudzeń. Brzmi mocno. Zapewne po usłyszeniu takiej listy każdy wyobrazi sobie dziecko z naprawdę dużymi problemami.
Tymczasem ja widzę na co dzień chłopczyka, który nie różni się niczym od rówieśników, najwyżej wzrostem. Chociaż ostatnio przychodzi mi czasem na myśl, czy nie jest to przypadkiem efekt mojego myślenia życzeniowego. Czy to nie jest tak, że mi się wydaje, iż osoby postronne nie dostrzegają pewnej odmienności w zachowaniach Adasia.

W przedszkolu Adaś zdecydowanie nie funkcjonuje tak, jak jego rówieśnicy. To mogłam przewidzieć. Nie spodziewałam się jednak, że problemy będą aż tak duże.
Jest ciepło (no...może nie dzisiaj, mówię bardziej ogólnie), dzieci coraz częściej wychodzą na przedszkolne podwórko. Odbierając Adasia mogę poobserwować, jak sobie radzi w grupie rówieśników. Niestety, zupełnie sobie nie radzi. Nie jest to absolutnie rozczarowanie, że moje dziecko czegoś tam nie umie, czy z czymś sobie nie radzi. Jest to coś w rodzaju otwarcia oczu na pewne sprawy, których nie dostrzegałam, albo dostrzec nie chciałam. Zresztą, nieczęsto miałam okazję obserwować Adasia w grupie rówieśniczej, bo zwyczajnie Adaś od dzieci zawsze stronił.
Kilka obrazów, które dość mocno przeżywam. Niby banalne, a jednak smutne.
Pewnego dnia przyszłam po Adasia do przedszkola. Dzieci ubierały się właśnie do wyjścia na dwór. Długo nie mogłam zlokalizować własnego dziecka. Siedziało w kącie, gdzieś między dziećmi ze starszej grupy, zatykając uszy i krzycząc po swojemu, pasując do panującego w społecznej świadomości stereotypu osoby autystycznej. Mocno to przeżyłam. To było takie smutne, że nikt z tym niczego nie zrobił...
Kiedy indziej z daleka widziałam, jak Adaś bawił się na przedszkolnym podwórku. Sam oczywiście. Jeździł pojazdem na pedały (dosięga już do pedałów!) Podbiegł do niego chłopczyk ze starszej grupy, zepchnął go z pojazdu. Adaś beznamiętnie powtórzył wyuczoną formułkę "zostaw, ja się tym teraz bawię". Przytrzymał nawet kierownicę. I co? I nic. Adaś nie ma ani siły przebicia, ani siły fizycznej, bo nawet o rok młodszym kolegom sięga do brody, nie mówiąc już o tych starszych. Mnóstwo pracy przed nami...tylko jak?
W Adasia przedszkolu dzieci co piątek mogą przynosić własną zabawkę. Ostatnio Adaś nie chciał wziąć żadnej. Na pytanie dlaczego, odparł:
-I tak mi zabiorą.
-Kto?
-Dzieci...
Przyniósł też z przedszkola słowo "golas". Nie chcę pisać, jakie myśli przychodzą mi w związku z tym do głowy. Adaś jest jedynym dzieckiem noszącym pieluszkę.
Od psycholog, do której Adaś chodzi, usłyszeliśmy ostatnio gorzką prawdę. Jeżeli Adaś nie uzyska teraz skutecznego wsparcia, to dzieci w grupie zupełnie go odrzucą, a on jeszcze bardziej zamknie się w sobie.
Problemów z uzyskaniem tego wsparcia nie będę tutaj opisywać...

Dzisiaj po raz pierwszy usłyszałam skargę na Adasia. Kiedy chciał się pobawić zabawką, którą bawiło się inne dziecko, zaczął bardzo głośno krzyczeć. Nie potrafił poczekać, nie potrafił się uspokoić, nie dał ze sobą porozmawiać...Myślę, że to dlatego, że wcześniej inni często mu zabierali zabawki. Miarka się przebrała, wyraz frustracji i bezsilności.
Jakoś sprawdza się reguła, że dopóki dziecko siedzi cicho w kącie, to wszystko jest dobrze...

piątek, 4 kwietnia 2014

Zwiedzanie Opola

...z cyklu wyrzuć nawigację samochodową.
Fontanna, która nie działała
W Opolu byliśmy w poniedziałek. Pojechaliśmy do Prodeste z Adasiem na diagnozę funkcjonalną. W przyszłym tygodniu czeka nas kolejny wyjazd, a jeszcze kolejny zapewne gdzieś pod koniec kwietnia. 
Tym razem przed wyjazdem nie czuliśmy już takiego stresu, jak miało to miejsce przy diagnozie klinicznej, w październiku. Nie było niepewności, a i szlaki były już przetarte. 
Ze względu na fakt, że wszystko jest jeszcze w toku, o samej diagnozie pisać nie będę. Napiszę tylko tyle, że nie wiedziałam, iż moje dziecko potrafi chodzić po równoważni. Ba, potrafi to robić nawet bokiem! Co prawda całe poprzednie popołudnie Adaś wytrwale ćwiczył tę umiejętność, jakby wiedział, że będzie się musiał wykazać. Całkiem niedawno synek odkrył, że wszelkie murki, krawężniki, a nawet wzory w kostce chodnikowej nadają się do chodzenia po nich. Byliśmy na spacerze w naszym ulubionym parku i wręcz idealny do tego celu okazał się murek wokół trawnika. 
Nieco zagubiony na opolskim Rynku
Wracając do naszego wyjazdu do Opola, tuż przed zjazdem z autostrady małżonek postanowił włączyć nawigację samochodową, żebyśmy przypadkiem się nie pomylili. W końcu przejechanie odpowiedniego zjazdu na autostradzie to czasami kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt nadłożonych kilometrów. Niestety, z niewiadomych przyczyn nawigacja nie chciała współpracować. Spokojnie, damy radę! Przecież znam drogę, jechałam już tędy parę razy. Sytuacja wydawała się opanowana i pilotowanie szło mi całkiem nieźle, do czasu, kiedy okazało się, że obwodnica Opola jest zamknięta. No to jesteśmy ugotowani, innej drogi nie znam! Tym razem, jakby wyczuwając sytuację, z równie niewiadomych przyczyn, nawigacja postanowiła zadziałać. 
"Skręć w lewo...skręć w lewo...skręć w lewo..." Przy którymś z kolei lewoskręcie poczuliśmy, że krążymy w kółko. Okazało się, że Adaś, który miał nawigację w swoich łapkach przez dosłownie sekundę, zdążył zmienić ustawienia. 
Dojechaliśmy.
Pogoda sprzyjała, więc po wizycie w Prodeste zaplanowaliśmy sobie spacer po parku koło opolskiego Zoo. Przy okazji mieliśmy zrobić mały rekonesans, jak wygląda Zoo, żeby przy następnej okazji się tam wybrać.
Nawigacja powtarzała "skręć w lewo...skręć w lewo..." Opole wydało nam się zakorkowane bardziej niż Wrocław, choć to zapewne złudzenie - po prostu trudniej się poruszać po nieznanym sobie terenie, a na każdym kolejnym skrzyżowaniu był zakaz lewoskrętu. W końcu znaleźliśmy się w okolicach centrum i zupełnie spontanicznie uznaliśmy, że spacer nie musi być koło Zoo, może być w mieście. 
Furtka koło katedry
 - najbardziej interesująca z całego zwiedzania.
Tym zbiegiem okoliczności zwiedziliśmy centrum Opola i był to naprawdę bardzo udany czas. Spacerowaliśmy sobie w ciepłych promieniach słońca. Oglądaliśmy nowe miejsca. Adaś, ku mojemu zdziwieniu, wyjątkowo dobrze się w tym odnalazł. Należą mu się naprawdę wielkie brawa! Wszedł nawet z nami na chwilę do opolskiej katedry. Wielkim rozczarowaniem była tylko fontanna, która nie działała. 
Na osłodę następnego dnia Adaś z tatą zrobili sobie rajd po wrocławskich fontannach, które już działały - tak się złożyło, że miasto postanowiło je włączyć dokładnie 1 kwietnia. 
Wracaliśmy do domu późnym popołudniem. Adaś po kilku minutach jazdy usnął, a ja miałam czas na przemyślenia. Jakże inny to był powrót z Opola niż pół roku temu. Wtedy wracaliśmy w strugach deszczu, w milczeniu, z gulą w gardle. 
Myślałam, że Adaś będzie już spał do nocy, ale gdy tylko zajechaliśmy pod dom obudził się i oznajmił, że chce zjeść "oleśnicę". Więc mama z tatą mieli na wieczór zagadkę - co to jest "oleśnica"? Adaś chciał zjeść omlet. Następnego dnia Adaś chciał zjeść "tableta" (swoją drogą skąd on zna słowo tablet?) Znów o omlet chodziło. Hmmm...omlet o wielu nazwach? Szkoda tylko, że Adaś nie za bardzo może jeść omlety ze względu na alergię na jaja.

środa, 19 marca 2014

Kształty

W sobotni poranek szykowałam w kuchni śniadanie. Po chwili wszedł mąż. Sięgnął po ściereczkę i skomentował:
-Adaś rozlał mleko.
Komentarz był właściwie na tyle cichy, że Adaś w sąsiednim pokoju nie powinien go usłyszeć. Ale Adaś chwilami zdaje się słyszeć wszystko. Usłyszał i postanowił doprecyzować:
-Mamo, ale nie całe!
To w kontekście wpisu pod poprzednim postem ;) 
Tak - Adaś jest precyzyjny. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, a raczej - nie umiałam tego nazwać, ale to prawda. Czasami czuję, że nie jestem w stanie sprostać tej dokładności synka.

Adaś potrafi nas też zadziwić swoimi skojarzeniami. Niesamowicie porusza się w świecie kształtów. Zadziwił tym również panią psycholog z poradni podczas testów. Na pokazanym mu obrazku odnalazł coś, czego nikt tam wcześniej nie dostrzegł, a najlepsze, że każdy wtedy pomyślał "rzeczywiście!"
Kiedy Adaś zobaczył na komputerze paletę barw, pobiegł od razu do swoich zabawek. Przybiegł z foremką w kształcie sześciokątu foremnego i przyłożył ją do monitora z niezwykłą starannością. Jaka była radość, gdy przekonał się, że kształty idealnie do siebie pasują! Bardzo żałuję, że nie udało nam się tego uwiecznić na zdjęciu, ale to była dosłownie sekunda.
Widzicie tu koparkę?
Adaś sam ją ułożył, zupełnie spontanicznie.
Ostatnio odkryliśmy na nowo klocki drewniane. Adaś zbudował sam całe miasteczko. Zaskoczona byłam, że tak dobrze sobie z nimi radzi. Potem było sprzątanie klocków - wrzucanie ich do odpowiednich otworów w pudełku. Synek wrzucił do pudełka klocek w kształcie półokręgu. Moment zamyślenia. Wróć! Wyszukał przed chwilą wrzucony klocek, przyjrzał mu się i z okrzykiem radości oznajmił "Taki kształt jest u babci na korytarzu, na górze!" Miał rację - okno w takim kształcie jest na korytarzu, w domu, w którym mieszka babcia.

To niesamowite, ilu rzeczy można się nauczyć od dzieci. Ja ciągle się uczę od Adasia, że pewne oczywistości wcale nie są oczywiste.
Któregoś dnia Adaś próbował zdjąć mi okulary, z iście dziecięcą delikatnością.
-Adasiu, nie zdejmuj mi okularów, bo nie będę nic widziała.
Adaś przyjrzał mi się wnikliwie.
-Mamusiu, ale przecież patrzy się oczami!

czwartek, 13 marca 2014

Dwie strony

Wiosnę mamy niemal już w pełni. Korzystamy z niej, ile się da. Adaś wyjątkowo chętnie wychodzi z domu. Przesadą byłoby napisanie, że inicjuje takie wyjścia, ale zgadza się na nie bez większych oporów. Co więcej - widać, że wiosenne spacery sprawiają mu radość. 
Niedzielną wyprawę do naszego ulubionego parku zaczęliśmy od mocnego akcentu - Adaś przejechał kilkadziesiąt metrów na trójkołowym rowerku. Potem był długi spacer, podczas którego podziwialiśmy krokusy. 
Rowerek...
...taniec pod Halą Stulecia 
zakończony pięknym szpagatem...
...a następnie kilka okrążeń wokół nieczynnej fontanny.
Spacer zaliczony :)
Ostatnio Adaś bardzo lubi kwiatki. Zaczął nawet zauważać nasze roślinki doniczkowe, stojące na oknie i koniecznie chce je podlewać. Myślę, że nie tylko z troski o kwiatki, ale z przyjemności patrzenia na wodę. W każdym razie musimy przygotować grafik podlewania, najlepiej po jednej roślince dziennie. Inaczej nasze kwiatki długo nie przetrwają. To tak na marginesie ;)
Wczoraj Adaś, kiedy przyszłam po niego do przedszkola, przybiegł do mnie i rzucił mi się na szyję. Jakie to było przyjemne uczucie! Potem długo się zastanawiałam, czy kiedykolwiek wcześniej Adaś tak mnie przywitał. Nie wiem, ale i tak było to zupełnie wyjątkowe. 
Potem spacer i zabawa ze spotkanym po drodze kolegą z sąsiedztwa.
Dzisiaj Adaś przeszedł samego siebie. Bawił się z kolegą ponad godzinę i nie chciał wracać do domu! Ulubioną zabawą Adasia jest ostatnio bieganie, a mama i tata nie mają przecież tyle energii, żeby biegać całe popołudnie. A kolega ma :)
W drodze powrotnej z przedszkola doszło do rozmowy o latarniach. Czemu o latarniach? Bo są przy drodze, którą szliśmy (dziś wyjątkowo inaczej niż zwykle).
Kiedy Adaś usłyszał, że nie wolno dotykać latarni, zapytał dlaczego.
-W latarni płynie prąd i dotykanie jej może być niebezpieczne. O, widzisz znaczek?
Adaś zlustrował latarnię wzrokiem. 
-Teraz to chyba nie płynie prąd, bo latarnia nie świeci. 
...
Potem przyglądaliśmy się kurom w gospodarstwie. 
-Widzisz, Adasiu? Kury! 
Cisza.
-Jak robią kury?
Cisza.
-Kury robią ko-ko-ko.
-Mamo, nie robią ko-ko-ko, bo jedzą.
...
Tą drogą w pięć minut Adaś rozłożył mnie na łopatki ;) 

To jedna strona naszej rzeczywistości. Jak najbardziej prawdziwa. 
Jest jeszcze druga strona. Równie prawdziwa. Codzienne wybuchy złości, krzyku. Codziennie te same elementy dnia nie do przejścia. Od miesięcy, czy nawet lat. Zawsze po przyjściu z przedszkola, w progu niemal, następuje wybuch płaczu. Powody bywają różne, ale wiem, że są one tylko i wyłącznie pretekstem. Następnym trudnym momentem jest wieczorne mycie. Nieraz po takim dniu, wieczorem, mam ochotę się po prostu wypłakać. 
Szukam sposobów, żeby uniknąć sytuacji kryzysowych. Bo może, zaraz po przedszkolu, trzeba Adasiowi dać spokój, niech sobie poleży, odpocznie. Ale on nie potrafi. To może od razu go czymś zająć? Ale jest zmęczony. A może plan popołudnia umieścić w przedpokoju, żeby zaraz po wejściu do domu Adaś wiedział, co go czeka? A może...myślę, próbuję. Właściwie - myślimy, próbujemy, bo trudno z tego procesu wyłączyć tatę Adasia. 
Niestety, często zostaje po prostu bezsilność, bezradność. Czasem złość na samego siebie, że można coś było rozegrać inaczej i może wtedy...
Dzisiaj przyszłam po Adasia. Dzieci ubierały się do wyjścia na dwór. Ogarnęłam wzrokiem szatnię. Wszystkie maluszki, siedziały w równym rządku, każdy przy swojej szafce. Obok starsze grupy. Adasia nie ma. 
Znalazłam go po chwili. Siedział pomiędzy chłopcami ze starszej grupy, kręcił głową i pokrzykiwał po swojemu, zagłuszając otaczający go hałas. 
Potem mi powiedział, że dzieci mu zasłoniły ciuchcię (jego znaczek na szafce) i dlatego musiał poczekać. 

poniedziałek, 3 marca 2014

Wiosenny spacer

Weekend zaskoczył chyba wszystkich wiosenną pogodą. Chociaż nie - nas nie zaskoczył. 
Któregoś poranka, jakoś tydzień temu (bo wtedy akurat chodziłam na późniejszą zmianę i to ja odprowadzałam Adasia do przedszkola), Adaś zapytał mnie, kiedy będzie wiosna. Odpowiedziałam, że kalendarzowa wiosna będzie za miesiąc, ale to wcale nie znaczy, że wtedy będzie ciepło. Ciepło może być wcześniej, lub później. Adaś nie dawał z wygraną - koniecznie chciał wiedzieć, kiedy będzie prawdziwa wiosna. Sprawdziłam więc prognozę pogody i dowiedzieliśmy się, że mamy już przedwiośnie, a wiosna, słoneczna i ciepła, będzie tuż-tuż. 
Z tej okazji Adaś zapragnął posiać kwiatki w ogródku. Obiecałam, że popołudniu pójdziemy do sklepu i kupimy nasionka. Ku mojemu zdziwieniu po powrocie z przedszkola Adaś pamiętał o tym i (uwaga!) chciał pójść na spacer - do sklepu - po nasionka. Poszliśmy, Adaś wybrał, jakie kwiatki posiejemy w ogródku. Jak na razie z sianiem czekamy, aż będzie naprawdę ciepło.

A wiosenny spacer był wczoraj. Poszliśmy aż na drugi koniec wioski. Po drodze minęliśmy plac zabaw, ale Adaś dyskretnie udał, że nie widzi. 
Po zdjęciach można by pomyśleć, że Adaś szedł cały czas sam, ale tak naprawdę momenty te były bardzo krótkie i bez wózka byśmy nie dali rady. Zawsze w takich chwilach nasuwa mi się myśl, że być może 3,5-latek nie powinien już korzystać z wózka? Chciałabym chodzić z Adasiem na piesze spacery, a tymczasem wózek jest nam absolutnie i koniecznie potrzebny, nawet żeby pójść do pobliskiego sklepu. Czy to nasze błędy wychowawcze? A może blokada psychiczna dziecka? Czy może wreszcie te spacery są naprawdę ponad możliwości Adasia? Nie wiem, ale nie raz męczą mnie te myśli. Był pewien czas prób...chyba bardziej walki, bo po takich spacerach byliśmy bardziej zmęczeni niż wypoczęci. A wczoraj to był naprawdę fajny, wspólnie spędzony czas. Skłaniam się więc ku stwierdzeniu, że nic na siłę i przyjmuję status quo.  
Kiedy wracaliśmy miało miejsce dość niezwykłe dla nas wydarzenie. 
-Tutaj mieszka mój ulubiony sąsiad! - zawołał w pewnym momencie Adaś. 
Zdezorientowana popatrzyłam na wskazywany budynek, mieszczący się na drugim końcu wioski, który widziałam ze dwa, może trzy razy w życiu. Po jakimś czasie mąż przypomniał sobie, że kiedyś rzeczywiście byli tam z Adasiem. Mieszka tam pewien mężczyzna, który kiedyś zaprosił ich na podwórko i chwilę razem posiedzieli. Tyle, że to było co najmniej 1,5 roku temu! Od tamtego czasu ani razu tam nie byliśmy, ani nawet nie przechodziliśmy tamtędy, a Adaś bezbłędnie rozpoznał to miejsce.
Podobno dzieci nie pamiętają tego, co się wydarzyło zanim skończyły 3 lata. Tamto wydarzenie miało miejsce, kiedy Adaś miał niespełna 2 lata. Mąż, kiedy podzieliłam się z nim tą refleksją, stwierdził, że Adaś najprawdopodobniej "wszystko" będzie pamiętał. Niesamowita pamięć, ale zarazem budząca w nas lekki lęk. 

Wieczorem w kościele Adaś dał popalić jak mało kiedy. Punktem kulminacyjnym było wejście do konfesjonału i odśpiewanie "Baranku Boży..." - bo Adaś zazwyczaj odtwarza z pewnym opóźnieniem kolejne fragmenty Mszy. 
Pod koniec Mszy nie wiedziałam już, gdzie mam oczy podziać. Najczęściej w takich sytuacjach wychodzimy w trakcie, ale tym razem nie było jak.
Po wyjściu powiedziałam Adasiowi:
-Nie podobało mi się dzisiaj twoje zachowanie w kościele. Rozumiem, że byłeś zmęczony, ale zachowywałeś się niegrzecznie.
Na co Adaś:
-Mamusiu, ja wcale nie chciałem być niegrzeczny. Mi się tylko ta budka tak bardzo spodobała.
...