piątek, 22 maja 2015

Rodzice pracujący

Jadę do pracy. Jest normalnie...tak cudownie normalnie.
Tata zawiezie Adasia do przedszkola, ja odbiorę go zaraz po obiedzie.
Jeden dzień, drugi dzień, trzeci dzień...
Zaczynam trochę nie dowierzać.
...
Po tygodniu jest jeszcze cudowniej normalnie.
Nadrobiłam zaległości w pracy. Udało mi się nawet pójść trochę do przodu.
Nigdy nie wiadomo, ile ta "normalność" jeszcze potrwa.
...
Po dwóch tygodniach zaczynam się przyzwyczajać.
Już nie muszę nadrabiać zaległości. Nie gonię do przodu. 
Po prostu pracuję.
Na wszelki wypadek jednak wychodząc z pracy zostawiam wszystko w najlepszym porządku.

Takie dwa tygodnie nieczęsto się jednak zdarzały.
Poza tym były zwolnienia, pobyty szpitalne.
Jakby stresów było mało, w tym wszystkim jeszcze myślenie o pracy - kiedy może mnie w niej nie być, a kiedy bezwzględnie muszę być. Kto może mnie zastąpić. Czy na czas pobytu z dzieckiem w szpitalu uda mi się zdobyć zwolnienie lekarskie (bo wbrew pozorom wcale nie jest to takie oczywiste)?
Jeden z pierwszych pobytów z Adasiem w szpitalu.
Telefon od szefowej.
-Kiedy będziesz?
Tłumaczę, że nie wiem. Tydzień wcześniej informowałam o sytuacji. Adaś miał wtedy 40 stopni gorączki i żaden z lekarzy nie potrafił powiedzieć, co mu jest. Osiwieć można ze stresu. Skąd miałam wiedzieć, czy będę za tydzień czy...
Szefową to nic nie obchodzi. Szefowa musi wiedzieć, kiedy ja będę w pracy.

Kombinujemy, jak się da. Dzielimy zwolnienia pomiędzy oboje rodziców. Mamy to szczęście, że na miejscu są dziadkowie. Pracują co prawda, ale babcia jest gotowa wziąć urlop i przez 2-3 dni zająć się chorym wnukiem. Z zagilonym po sam pas Adasiem zostaje nawet dziadek. 
Gdyby jednak chodziło o zwykłego gila po sam pas i lekką gorączkę do zbicia...
Z czasem wiemy już, na co Adasia "stać". Jedne drgawki gorączkowe, drugie...
Ja sama nieraz boje się zostawać z chorym Adasiem w domu.

Kolejny rok.
W tych dobrych chwilach bywa nawet jeszcze normalniej.
Idąc do pracy mam poczucie, że w tym czasie moje dziecko ma właściwą opiekę. Uczy się nowych rzeczy. Bawi się. Ma w przedszkolu część terapii. Wiem, że nie dzieje mu się krzywda.
Niełatwo jest znaleźć odpowiednie miejsce, zwłaszcza dla dziecka o szczególnych potrzebach. 
My mieliśmy to szczęście, udało nam się.

Po roku wracam na pełen etat. Muszę. Pracodawca nie zgadza się na moją dalszą pracę w niepełnym wymiarze. 
Kombinujemy, jak to zrobić, żeby Adaś nie musiał spędzać w przedszkolu 10 godzin dziennie. On tyle nie da rady. 
Zaryzykować? Za dużo osiągnęliśmy, żeby to teraz zepsuć. 
Jest za dobrze. Jest układ niemal idealny. Wszystko działa: godziny pobytu Adasia w przedszkolu, terapie, praca w domu.
...Trzeba się jednak przeorganizować.

Próbuję jakoś poukładać terminy wizyt w poradniach, wyjazdy do Opola, planowane hospitalizacje. 
Nie na wszystko mam wpływ. Niektórych terminów nie da się przesunąć. W niektórych przypadkach muszę wybrać termin późniejszy, nieraz nawet dużo późniejszy - bo praca. 
Wróciłam niedawno do pracy po zwolnieniu z powodu choroby Adasia. Zaległości mnóstwo. Odkąd pracuję na pełen etat, przy kilku dniach nieobecności, mam znacznie więcej do nadrobienia.
Jak poprosić o kolejny urlop z powodu kolejnej wizyty w kolejnej poradni?
A w miesiącu czeka nas ich aż pięć...
-Zdążysz ze wszystkim?
No...nie zdążę. Robotem nie jestem.

W takich chwilach, po w sumie prawie trzech latach prób łączenia pracy zawodowej z opieką nad dzieckiem, łamię się. Czasami mam poczucie, że ta "cudowna normalność" jednak nie może się udać i zastanawiam się, czy jest sens o nią walczyć i jakim kosztem?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza