czwartek, 25 sierpnia 2016

Nadmorskie wspomnienia część I

Meldujemy się, już po wakacjach. Wolałabym uniknąć pisania "po wakacjach" - bo te przecież w pewnym sensie jeszcze trwają, ale lepsze określenie nie przychodzi mi do głowy. Niech więc będzie - po wyjazdowych wakacjach. 

W sobotę wróciliśmy znad morza i powoli ogarniamy domową codzienność. Chwilowo nastąpił mały kryzys i wcale nie chodzi tutaj o tęsknotę za szumem fal. Adaś, który w tym roku podczas wyjazdu funkcjonował całkiem nieźle i względnie szybko się zaaklimatyzował, po powrocie do domu - wręcz przeciwnie. Był więc cały wachlarz zachowań trudnych, Adaś gorzej radzi sobie z panowaniem nad emocjami, zdarzało się po kilka wybuchów złości dziennie, ale powoli wychodzimy na prostą.
Tymczasem nadmorskie wakacje w tym roku były spokojne i udane. Wypełnione tworzeniem budowli z piasku i spacerami. Niezbyt upalne, ale też nie deszczowe. Tym razem wypoczęliśmy wszyscy. 
Wszystkiego na pewno nie dam razy opisać. Zresztą, kto chciałby to czytać. Będzie więc kilka migawek - wspomnienia i przemyślenia przemieszane ze sobą. 

Miejsce
W tym roku przekonaliśmy się, jak ważne jest miejsce, w którym się zatrzymamy. Nawet nie tyle o miejscowość chodzi, co o samo miejsce. Miałam przeczucie, że rok temu właśnie miejsce było jednym z czynników, które sprawiły, że Adaś dawał sobie radę gorzej...Przeczucie, a w tym roku niemal pewność - bo tym razem było inaczej.
Nie chcę wcale powiedzieć, że pensjonat, który wybraliśmy rok temu, był nie taki, ani tym bardziej robić antyreklamy - skądże! W gruncie rzeczy to całkiem miłe miejsce, blisko morza, było jednak pewne ale...
Na zdjęciach widziałam pokoje może niezbyt duże, lecz o jasnych ścianach, utrzymane w ciepłej tonacji. Jeszcze specjalnie dopytywałam przez telefon: czy na pewno? czy wszystkie? te na piętrze też? Nasz styl. Prawie jak w domu. 
Po otwarciu drzwi moim oczom ukazała się lampa z czerwonym abażurem, dająca nikłe, czerwone światło. Znaczną część pomieszczenia zajmowało łóżko z czarnym, metalowym stelażem, na którym leżała pościel w kolorze czerwonym. Do tego zielone ściany - na szczęście była to raczej delikatna odmiana zieleni - z kolorowym paskiem przez środek. Oględnie rzez ujmując - pokój nadawał się raczej na romantyczne wakacje we dwoje niż na pobyt rodziny z dzieckiem, a tym bardziej - z dzieckiem, które jest bardzo wyczulone na wszelkie bodźce zewnętrzne. Myślę, że ten wszechobecny czerwony kolor zwyczajnie Adasia drażnił, nadmiernie pobudzał, wręcz świdrował od wewnątrz. 
W tym roku było zupełnie inaczej. Jasno. Wszystko w kolorach: białym, szarym i jasnoniebieskim. Z dala od zgiełku i uczęszczanej drogi na plażę. Nawet nie wiedziałam, że Adasiowi spodobało się tam aż tak bardzo - do czasu, kiedy ostatniego dnia z łezką w oku mówił "pa-pa, domku!" 

Podróż
Pisałam już wiele razy, że podróżowanie z Adasiem do łatwych nie należy. Powtarzam to chyba za każdym razem, kiedy wracamy z dłuższej trasy. Zresztą nie musi to być nie wiadomo jak daleka podróż; czasami wystarczy droga do Opola, więc co dopiero nad morze.
Mogę więc powtórzyć to po raz kolejny. Za każdym razem wyruszamy lepiej przygotowani na wszelkie ewentualności, każdy szczegół jest przemyślany – pora jazdy, postoje, zajęcia na drogę. I co? Za każdym razem jest zupełnie tak samo – bez znaczenia czy ruszamy o świcie, w środku dnia, czy o zmroku. 
Myślę, że kiedy mówimy znajomym o naszych problemach z dłuższą jazdą samochodem, nie do końca wiedzą, o co nam chodzi. Standardowe problemy przy podróżowaniu z dziećmi dotyczą z reguły choroby lokomocyjnej (i tutaj nie jestem do końca pewna, czy to nie to, jednak z roku na rok nabieram przekonania, że nie) oraz nudy (jestem przekonana, że nie w tym rzecz). 
Ujmując sprawę obrazowo mniej więcej po 1,5-godzinie w samochodzie Adaś wpada w histerię. To nie jest płacz, to jest rozdzierający pisk i pojawia się z reguły nagle – bez wstępnego marudzenia, czy narzekania. Nie da się wtedy odwrócić jego uwagi, zainteresować go czymś innym, choćby nie wiem, jak ciekawym. Musimy szukać najbliższego postoju, który niestety nie zawsze jest w zasięgu kilku minut jazdy. Z krzyczącym i rzucającym się w foteliku Adasiem na pokładzie. 
Trudno się w takich sytuacjach porozumieć,  uzyskać odpowiedź na pytanie, co jest nie tak - choć z reguły komunikacja werbalna jest na całkiem zadowalającym poziomie. Coraz bardziej jednak skłaniam się ku hipotezie, że chodzi o dyskomfort lub nawet ból związany z długotrwałym siedzeniem w wymuszonej pozycji. Może to być jednak myślenie zupełnie błędne, ale nawet jeśli nie jest - i tak nie mamy innego wyjścia niż robienie jak najczęstszych postojów.

Te lepsze momenty podróży...i te najlepsze (czyt. drzemka na ostatnie 20 km)
A kiedy już dotarliśmy na miejsce...

sobota, 6 sierpnia 2016

Światowe Dni Młodzieży 2016

Pisałam jakiś czas temu o zbliżających się Światowych Dniach Młodzieży i naszym drobnym, na miarę naszych obecnych możliwości, zaangażowaniu w nie. Otóż zdecydowaliśmy się przenocować dwie osoby z mającej przybyć do naszej parafii grupy młodzieży.
Może kogoś to dziwić. Może nie te klimaty...My jednak nie wyobrażaliśmy sobie, że miałoby być inaczej, skoro za czasów młodości wielokrotnie razem z mężem (początkowo jeszcze nie-mężem) braliśmy udział w podobnych wydarzeniach. Zjeździliśmy pół Europy uczestnicząc w ekumenicznych spotkaniach Taizé. Byliśmy w Hamburgu, Mediolanie, Zagrzebiu, Poznaniu...Staszek był w Paryżu, ja w Lizbonie - autokarem, trzy dni jazdy. Uczestniczyliśmy też w Światowych Dniach Młodzieży w Kolonii w 2005 roku.
Pamiętam ostatnie spotkanie Taizé, na którym byliśmy - w Poznaniu 7 lat temu. Nocowaliśmy tam u pewnej pani. Miała wówczas zapewne tyle lat, co my teraz. Mówiła, że sama kiedyś brała udział w takich spotkaniach, więc jak miałaby nie przyjąć kogoś pod swój dach, skoro nadarza się okazja?
Teraz nasza kolej - jak mielibyśmy odmówić?
Chociaż sama idea takich spotkań, nawet od strony organizacyjnej, nie była nam obca, to tym razem debiutowaliśmy jako gospodarze.

Grupa, która spędziła kilka dni w naszej parafii, pochodziła z Hiszpanii, z okolic Madrytu.
Więc od poniedziałku (a pielgrzymi mieli przyjechać w czwartek) uczyliśmy się w domu pilnie hiszpańskiego ze słowniczka otrzymanego w parafii. Same najważniejsze sprawy - jak masz na imię, co chcesz na kolację i takie tam. Musiałam przyznać, że mój umysł nie jest szczególnie otwarty na hiszpańskie słówka, język też nie bardzo. Ostatecznie wstąpiła we mnie lekka panika; "jak my się dogadamy!" Z drugiej strony byłam absolutnie przekonana, że "jakoś" się dogadamy, cokolwiek by nie było. W końcu w tylu różnych krajach byłam i zawsze "jakoś" się dogadywaliśmy...tylko we Włoszech uratowała mnie znajomość włoskiego ;)
Podczas niedzielnego obiadu usłyszałam od kolegi taką oto historię opisaną w "Gościu Wrocławskim" (wrocławskie wydanie "Gościa Niedzielnego") Nowa Kaledonia buty i tlumacz Google.
Mogło być i tak...

Do nas tymczasem, ku naszemu zaskoczeniu, trafiły dwie młode Hiszpanki władające biegle językiem angielskim. Dziewczyny dopiero skończyły szkołę średnią, a mogliśmy rozmawiać z nimi w języku angielskim na każdy temat, daleko odbiegający od spraw podstawowych typu: woda czy sok? dżem czy wędlina? Zupełnie swobodnie, bez szukania słówek. Mogły nam opowiadać wieczorami, co robiły w czasie dnia, jak odbierają Wrocław, o swoich planach na przyszłość, o tym gdzie mieszkają w Hiszpanii. My im opowiedzieliśmy trochę o Światowych Dniach Młodzieży w Kolonii (tylko, kiedy przeliczyliśmy, że to było 11 lat temu, poczuliśmy się nieco "staro"...)
Niedzielny obiad był czasem dla rodzin. To było dopiero! Odwiedził nas kolega, u którego z kolei nocowało trzech Hiszpanów. Więc trochę osób było. Zrobiliśmy schabowe, była gitara, gra w piłkę nożną...Na drugi dzień sąsiedzi z lekką nostalgią pytali czy Hiszpanie już wyjechali, bo "tacy fajni, weseli byli" ;)

Adaś przeżywał bardzo, ale też bardzo się cieszył. O wszystkim uprzedzaliśmy go z dużym wyprzedzeniem. Opowiadaliśmy, jak to będzie wyglądało. Tłumaczyliśmy również, że Hiszpanie nie mówią po polsku, mówią po hiszpańsku. To chyba dla Adasia pierwsze takie doświadczenie różnych języków i różnych kultur.
Kiedy odebraliśmy dziewczyny z parafii, w samochodzie Adaś milczał. Ciekawy był bardzo, ale musiał się oswoić. W domu było już zupełnie inaczej, swobodniej. Czasami wręcz miałam wrażenie, że Adaś czuł się zupełnie komfortowo, niemal jakby znał naszych gości od dawna. Miał dużo do powiedzenia, ale w języku polskim. Nie czekał, aż ktoś przetłumaczy. Nie zauważał nawet, że odbiorca zupełnie nie rozumie, co on mówi. Nawet, gdy to, co mówił wymagało interakcji - Adasia brak takowej absolutnie nie zrażał, ani nawet nie skłaniał do refleksji pod tytułem "coś tu jest nie tak".
Mieliśmy więc klasyczny przykład problemów z teorią umysłu.

Poza tym było super! Adaś tańczył z dziewczynami przy ognisku zorganizowanym przez parafię, świetnie się przy tym bawiąc. Nauczył się po hiszpańsku "ola!" i korzystał wedle potrzeb. Spryciarz jeden chciał w niedzielę rano obudzić dziewczyny ;) W poniedziałek kazał mi nagrać autokary - bo 5 autokarów na przykościelnym parkingu to widok dość rzadki.

W poniedziałek rano młodzież z Hiszpanii opuściła naszą parafię i pojechała w dalszą drogę - do Częstochowy, a później do Krakowa.
Odwieźliśmy Adasia do przedszkola i pojechaliśmy z mężem do pracy, mijając po drodze jeszcze kilka autokarów zmierzających do Krakowa. Miasto wydało się jakieś puste.
Czułam lekki niedosyt - za mało się nagadaliśmy, tyle jeszcze tematów zostało, za mało pokazaliśmy Wrocław, za mało nauczyliśmy się hiszpańskiego...Za to przez kilka dni przestawiałam się z angielskiego na polski, bo te trzy dni mi wystarczyły, żeby zacząć nawet myśleć po angielsku.

Sobota. Ostrów Tumski we Wrocławiu. Poszliśmy z Adasiem pokazać mu, jak to wszystko wygląda. Nie, nie podeszliśmy pod Katedrę. Wszystko z boku, z dystansu, żeby Adasia nie zniechęcić koniecznością przebywania w tłumie.







Niedziela - ognisko przy parafii. 


Piszę tutaj o wymiarze wielokulturowym tych dni, ale to nie było wszystko. 
Potem, oglądając w telewizji transmisje ze spotkań z Papieżem, trudno mi było nie porównywać ze Światowymi Dniami Młodzieży na których my byliśmy w Kolonii...i szczerze powiem, że te Dni Młodzieży były wyjątkowe właśnie - i przede wszystkim - od tej duchowej strony.

czwartek, 4 sierpnia 2016

U fryzjera

Umówiliśmy się na dzisiaj do fryzjera całą rodziną. Trzeba było. Małżonek mój mógł już włosy związywać w kitkę - i nie ma w tym ani odrobiny przesady (nie wybaczy mi, że to napisałam!), a Adasia pilnowałam tylko na tyle, żeby mu włosy do oczu nie wpadały i przyznaję, że nawet całkiem uroczo wyglądał ze złotymi loczkami. Moja fryzura, choć generalnie niezbyt wyszukana, również wymagała fryzjerskiej ręki.
Wybrałam bezpieczną godzinę, późne popołudnie i...zaliczyłam popisowe spóźnienie. Siedziałam w pracy zamykając miesiąc (kto pracuje w księgowości ten wie, co mam na myśli, a kto pracuje w korporacji ten wie tym bardziej). Wstyd nawet napisać o ile później byłam, i wstyd napisać, że to nie pierwszy raz, kiedy coś zawalam przez pracę. Swoją drogą niemal 10 lat temu moją motywacją do poważnych zmian było równie popisowe spóźnienie się na podwójną walentynkową randkę, w wyniku czego mój mąż - a wówczas jeszcze chłopak - musiał spędzić godzinę w kawiarni w towarzystwie mojej przyjaciółki i jej chłopaka. Męża to, jak widać, nie zniechęciło, ale mi się zapaliła czerwona lampka. Dzisiaj, kiedy tak szłam spóźniona do fryzjera, przypomniałam sobie tamtą sytuację.
Na szczęście Adaś z tatą byli na czas i zanim pani fryzjerka ich obsłużyła, ja zdążyłam dojechać. Minęliśmy się w drzwiach salonu fryzjerskiego. Chłopcy zadowoleni, uśmiechnięci, w nowych fryzurach. Adaś szczerzył się od ucha do ucha. 

Kiedy siadłam na fotelu, po pytaniach zasadniczych (jak strzyżemy? grzywka prosto? ile skrócić włosy z tyłu?), padło:
-Jak się podobała nowa fryzura pani synkowi?
-Chyba się podobała, bo tak się szeroko uśmiechał - odparłam. 
Widzieliśmy się jakieś dwie minuty, w drzwiach, więc trudno mi było wywnioskować coś więcej.
-Z niego to taka gaduła - kontynuowała pani fryzjerka - opowiedział mi wszystko...
No i obleciał mnie strach, co też tam Adaś naopowiadał ;) Z jednej strony to dobrze, że taki rozmowny, ale z drugiej strony...Więc powiedział pewnie, że był u babci, był na wieży widokowej (był? nie zdążyłam zapytać, ale babcia miała go tam zabrać - zresztą podziwiam babcię za chęć zabrania dziecka w takie miejsce, bo ja - szczerze - bym się nie odważyła), o wakacjach, pociągach...i co jeszcze?
Problem w tym, że Adaś naprawdę potrafi opowiadać wszystkim i o wszystkim. Taka gaduła. Bez zahamowań. Nie ważne, czy ktoś chce słuchać czy nie. Adasiowa specyfika w pełnym wydaniu.
Więc po omówieniu poruszanych przez moje dziecko tematów pani fryzjerka zapytała:
-On ma 6 lat?
-Tak, to pewnie też powiedział - zaśmiałam się.
-Powiedział! Tylko...
Wiedziałam już, o co chodzi.
-...tylko nie wiedziałam, czy tak mówi, czy tyle lat ma naprawdę.
-Naprawdę ma 6 lat. Jest drobny jak na swój wiek, wiem.
-Może jeszcze nadrobi? Dzieci to różnie...
Adaś w nowej fryzurze
(prezentacja rysunku pociągu) 
Taka rozmowa u fryzjera. Jest, jak jest i ja o tym wiem. Adaś nie słyszał - bo był już z tatą w domu - więc luz zupełny. W takich chwilach może trochę bardziej uświadamiam sobie, że drobną budowę ciała u Adasia po prostu widać, choć mi ostatnio wydaje się już bardzo dużym chłopcem. Ta drobna budowa kontrastuje z elokwencją godną dużo starszych dzieci.
Nie drażnią mnie jednak takie rozmowy ani nie czuję się w obowiązku opowiadać w salonie fryzjerskim o przyczynach, dla których Adaś jest drobny. Ja mam takie podejście, po prostu.

Tak czy inaczej wywnioskowałam, że Adaś u fryzjera był bardzo dzielny i - co więcej - całkiem swobodnie się tam czuł. Wyszedł chwaląc się wszystkim swoją nową fryzurą.
A wieczorem - zupełnie przypadkiem - dowiedziałam się, że...Adaś tak dobrze dogadywał się z panią fryzjerką, iż tatuś postanowił wyskoczyć mu po sok do sklepu drzwi obok <padłam, jak usłyszałam>

czwartek, 21 lipca 2016

Hormon wzrostu – po 6 miesiącach

Jesteśmy świeżo po kolejnej już wizycie w poradni endokrynologicznej, i chyba czas na parę słów na ten temat.
Po wprowadzeniu leczenia hormonem wzrostu staraliśmy się nie oczekiwać zbyt wiele, nie chcieliśmy się nastawiać. Nie mierzyliśmy Adasia co chwilę, czekając na dodatkowe centymetry. Zbyt dużo było w tym wszystkim niepewności – hormon przyznany na rok, warunkowo. Wrocławscy lekarze byli zresztą przekonani, że samo wprowadzenie hormonu wzrostu nie przyniesie efektu. Nawet Adasiowi nie chcieliśmy mówić, że „na pewno urośnie”, więc bez żadnych zapewnień, zupełnie prawdziwie, mówiliśmy, że od zastrzyków „może” więcej urośnie i nabierze sił.
Zresztą mam wrażenie, że Adasiowi te dodatkowe centymetry były zupełnie obojętne, zwłaszcza, gdy miał być w tym celu kłuty. Po jakimś czasie opracowaliśmy sposób – na śpiocha. Skonsultowaliśmy w poradni i nie było przeciwwskazań. Wszyscy co prawda się dziwią, że się dziecko nie budzi przy ukłuciu, ale tak jest - Adaś ma duże problem z zasypianiem, ale śpi (przez pierwsze 2) godziny bardzo mocno. Po tej zmianie Adaś raz na jakiś czas zapytał czy nadal dostaje hormon i chyba przyjął do wiadomości, że tak jest, zupełnie się już tematem nie przejmując.
My też liczyliśmy nie tyle na dodatkowe centymetry. Przede wszystkim mieliśmy nadzieję, że podawanie hormonu wzrostu wpłynie na ogólne samopoczucie Adasia, że przestaną się powtarzać te „dziwne” epizody utraty sił, że się chłopak przestanie tak szybko męczyć – bo to wszystko mogło być zależne od niskiej masy mięśniowej, od spadków cukru i tak dalej. Zresztą – przez lekarzy również byliśmy przekonywani, że objawy te najprawdopodobniej są powodowane niedoborem hormonu wzrostu.
Zaczynaliśmy w połowie stycznia, z 99,8 cm i 12,5 kg.
Szybko zauważyliśmy, że Adaś zrobił się wyraźnie cięższy niż był. Wcześniej to było „kompaktowe” dziecko. Podnieść, przenieść, a nawet nieść przez jakiś czas, to nie był problem. A tu nagle, niemalże z dnia na dzień, czuć było różnicę. Właśnie nie tyle widać, co czuć.
W kwietniu było 1,7 cm na plusie. Tak nawet myślałam wtedy, że rocznie wyjdzie z tego jakieś 6 cm, więc rewelacji nie ma. Ale pani doktor generalnie była zadowolona z postępu. My tymczasem ucieszyliśmy się ogromnie, odbierając wyniki badań. Czynnik IGF-1, który nas tak straszył w ubiegłym roku, urósł od zera osiągając prawie granice normy! Chwilami z lekkim niedowierzaniem przypominam sobie tylko, ile to było stresu rok temu.
A potem w przedszkolu codziennie słyszeliśmy, że nam Adaś rośnie jak na drożdżach. Czasem mimochodem zauważałam, jak wyrastał z butów, które w moich wyobrażeniach miał nosić dwa sezony co najmniej.
Wczorajszy pomiar przerósł jednak wszelkie wyobrażenia: 4 cm do przodu w trzy miesiące. Rośnie nam chłopak w tempie ekspresowym!
I tyle tylko, że od strony kondycyjnej znów mamy dołek, i znów konsultujemy, i zastanawiamy się „co to może być”...

PS. Tymczasem czekamy na młodych Hiszpanów, a właściwie młode Hiszpanki, które przyjadą na Światowe Dni Młodzieży i będą u nad nocować. Adaś szczęśliwy i przejęty zarazem, więc kciuki wskazane, żeby chłopak dał radę.

środa, 13 lipca 2016

Letnie dni

Właśnie zdałam sobie sprawę, że nie pisałam tutaj już prawie miesiąc.
Dni nam upływają zupełnie zwyczajnie. Adaś chodzi do przedszkola, rodzice do pracy. Zajęcia w większości odbywają się swoim zwykłym trybem. Od nowego roku w tym względzie czeka nas najprawdopodobniej zmiana, jedna - za to istotna. Wszystko zostało już przemyślane i omówione, choć na pewno jeszcze nie raz będziemy się nad tym zastanawiać. Tymczasem teraz przed nami trochę przerwy, wakacje.
Czekamy na sierpień. Właściwie nawet nie czekamy, cieszymy się letnią codziennością. Korzystamy z ciepłych, letnich dni. Adaś coraz częściej spędza popołudnia na dworze. Ba! coraz częściej...bawiąc się z kolegą! Kiedyś zupełnie nie do pomyślenia.
W takich chwilach zauważam nagle, że synek mi rośnie. Nie tylko fizycznie - bo fizycznie też, ale o tym innym razem. Staje się coraz bardziej niezależnym, coraz bardziej samodzielnym chłopcem. Ma swoje ulubione czynności i swoje towarzystwo, a mi pozostaje gdzieś tam z boku dyskretnie go wspierać.
Był nawet taki czas, nie tak dawno temu, kiedy na nowo, po kilku latach, zaczęliśmy odkrywać przyjemność wychodzenia "do ludzi".
A potem znów przypomnieliśmy sobie, jak czasem ciężko wyjść z domu i wychodząc, myśleliśmy tylko o tym, że trzeba wrócić jak najszybciej. Z nadzieją, że Adaś da radę chociażby godzinkę wytrzymać i że nie będzie tak źle, jak się zapowiada.
W ostatnich dniach znowu jest jakby gorzej. Ta triada już kiedyś była, zapewne nie raz, ale tamten jeden wyraźnie pamiętam - mniej wyraźna mowa, słabsze rozumienie i gorsza koordynacja. Czujemy się bezsilni w tym względzie. Boimy się. Pozostaje nam czekać na wrześniowy pobyt na oddziale neurologicznym, a teraz - czekać aż minie, bo wierzę, że minie po paru dniach.
Pod koniec czerwca, byliśmy na badaniu EEG. Miałam Wam nawet zaserwować bajkę o nieśpiącym królewiczu, ale streszczę się chyba w kilku słowach. Położyłam Adasia spać około północy, obudziłam o 4 nad ranem. Do badania nie zasnął, ale tego można się było spodziewać - nowe miejsce (bo i nasz zwykły gabinet EEG nieco przewędrował w budynku przychodni, o czym nie wiedzieliśmy wcześniej) oraz czepek z, bądźmy szczerzy, żelem o paskudnej konsystencji. Ale później, już w domu, w komfortowych warunkach, gdzie mama czuła, że mogłaby spać nawet na stojąco, Adaś ani myślał spać. Mógł leżeć, ale nie zasnął...i tak do 20:30. Więc z badania nic nie wyszło - to znaczy wyszło, ale mamy zapis w czuwaniu, który był (i na szczęście nadal jest) prawidłowy, a co się dzieje we śnie nie wiemy.
Pozostawiając jednak te tematy, wracam do ciepłego i słonecznego lata, minionego EURO 2016 - które Adaś przeżywał jak prawdziwy kibic, wizyty w Opolu - tym razem nie tylko w celach terapeutycznych (choć hm...;) letnich spacerów, zwiedzania fontann, jedzenia lodów...
W następnym wpisie zamieszczę trochę zdjęć.

środa, 22 czerwca 2016

Adasiowe komunikaty

W niedzielne popołudnie wróciliśmy z parku przegonieni przez zbierające się wkoło burzowe chmury. Widząc nas sąsiadka zapytała, czy w mieście już pada.
- Spadło parę kropli – oznajmił Adaś – Dokończyłem jajko niespodziankę.  Potem było 2:2. Wsiedliśmy do samochodu. Tylna wycieraczka działała.
To jak, padało czy nie? ;)
Adaś często komunikuje się w ten sposób. Mówi o tym, co było dla niego ważne, na co zwrócił uwagę. Pomija przy tym komunikacyjny walor wypowiedzi. Osobom postronnym może się przez to wydawać, że mówi nie temat. Klasyczny przykład problemów z teorią umysłu.
Konia z rzędem temu, kto zgadnie, dlaczego było 2:2. Założę się, że wszyscy pomyślą o rozgrywkach EURO 2016, ale od razu podpowiem, że ten trop jest błędny.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Uprzejmie donoszę...

Pisałam w komentarzu pod poprzednim wpisem, jak minęła nam sobota. Mamy już wprawdzie kolejny weekend za sobą, ale ten poprzedni zasługuje jednak na osobny wpis, ponieważ był zupełnie wyjątkowy.
Adaś nie lubi festynów. Nie przepada przynajmniej. Są może pewne elementy takich wydarzeń, które mógłby polubić (wiecie - smakołyki, bańki mydlane...), ale cała otoczka nie pozwala mu się nimi cieszyć, bo jest za głośno, za dużo ludzi i zbyt wiele się dzieje. 
Tym razem było zupełnie inaczej. Całe sobotnie popołudnie spędziliśmy na pikniku i Adaś nie protestował. Wręcz przeciwnie - dobrze się bawił. Najlepszą zabawą było przyglądanie się, jak rodzice grają w siatkówkę ;) Adaś tak już ma - zamiast samemu w czymś uczestniczyć, woli się przyglądać. Zamiast budować tory dla kolejki, woli przypatrywać się, jak mama je buduje. Zamiast grać w piłkę, woli patrzyć, jak grają inni (ewentualnie sędziować lub stać na bramce).
W każdym razie było boisko do siatkówki plażowej (ogromna piaskownica!), były bańki mydlane, był plac zabaw i gofry. To Adasiowi do szczęścia wystarczyło. Najważniejsze jednak, że było w miarę cicho, spokojnie i teren duży. 




Po intensywnej sobocie przyszła niedziela. Kolejne wyzwanie. Wizyta u znajomych. 
Rzadko chodzimy w gości i rzadko, przynajmniej ostatnio, gości miewamy. Początkowo nawet próbowaliśmy prowadzić jakieś tam życie towarzyskie, ale nauczeni doświadczeniem, zmęczeni zwyczajnie tymi próbami, chyba odpuściliśmy. Adaś przeżywał za każdym razem. Biegał wkoło - z emocji. Albo wpadał w histerię. Był czas, że nawet wizyta Babci była dla niego wyzwaniem.
Bałam się, szczerze mówiąc. Nowe miejsce, mnóstwo dzieci i jeszcze dodatkowe emocje związane z meczem Polska-Irlandia. 
Znów mnie synek zaskoczył. Świetnie było. Adaś kibicował dzielnie przez pierwszą połowę. Potem oznajmił, że idzie się bawić z dziećmi, ale tata ma mu koniecznie dać znać, gdyby działo się coś ciekawego na boisku. 
Bawił się z innymi dziećmi w turlanie, samochody i zwierzątka. Potem podszedł do maluszka położonego na kocyku. Przyjrzał mu się, po czym spróbował naśladować jego kołysanie się - tak, jakby zaraz miał zacząć raczkować. Potem opowiadał mu o różnych rzeczach. 
Po skończonym meczu pobiegł zobaczyć, co się dzieje. Po chwili wrócił i oznajmił:
-Wiesz, Wojtek (stale myląc imię chłopca), Polska wygrała Mistrzostwo Europy. 0:2.
Rozczulające to było.
Ja odzyskałam trochę wiary, że takie spotkania ze znajomymi, mogą być nawet przyjemne...Trochę wiary, że warto próbować.
Wieczorem, niemal w tym samym czasie, stwierdziliśmy z mężem:
-Ale Adaś dzisiaj dał radę! W ogóle nie różnił się od pozostałych dzieci. (ja)
-Ale jednak na tle innych dzieci widać, że Adaś odbiega zachowaniem. (tata Adasia)
Prawda jest zapewne taka, że można widzieć szklankę do połowy pustą lub do połowy pełną.