wtorek, 26 września 2017

"Antyszczepionkowcy"

Temat szczepień wraca raz na jakiś czas, budząc zawsze wiele emocji po każdej ze stron. Tym razem znów wrócił w przestrzeni publicznej, szybciej nawet niż dyżurna coroczna "epidemia grypy". 
W mediach zawrzało z powodu rodziców, którzy zabrali ze szpitala dziecko, nie zgadzając się na wykonanie procedur medycznych uznawanych przez szpital za standardowe. Emocje podgrzewał fakt, że dziecko urodziło się przed terminem.
Nie znam tych ludzi, nie znam ich poglądów. Całą sytuację znam tylko z medialnych doniesień, które na początku grzmiały, że nieodpowiedzialni rodzice, nie zgadzając się na interwencję lekarzy, bezpośrednio narazili na niebezpieczeństwo życie noworodka, a następnie nie posiadając pełnych praw rodzicielskich, zabrali dziecko ze szpitala. Wniosek prosty: dziecku dzieje się krzywda. Po tygodniu okazało się, że jednak życie dziecka zagrożone nie było, a na pewno nie bezpośrednio - co uzasadniałoby tak szybką rozprawę i ograniczenie praw rodzicielskich. Dziecko bowiem żyje i ma się dobrze. Nie o ratowanie życia więc chodziło.
Doszło do tego, że odmowa procedur - uznawanych w Zachodniej Europie za przestarzałe, od których odchodzi się również w niektórych szpitalach w Polsce -  oraz odmowa zaszczepienia dziecka mogą być podstawą ograniczenia władz rodzicielskich i to w kilka godzin. Szczerze mówiąc trochę mnie to zaniepokoiło. 
W którą stronę pójdziemy w przyszłości: sankcje czy merytoryczna debata na temat szczepień?

Kiedy opowiedziałam mężowi całą sytuację, zapytał zamyślony:
-Myślisz, że my byśmy się zgodzili zaszczepić dziecko zaraz po urodzeniu?
Przecież się zgodziliśmy - pomyślałam. Adaś, pomimo wcześniactwa, został zaszczepiony Euvaxem (szczepionka przeciw WZW stosowana powszechnie w polskich szpitalach) w pierwszej dobie życia, kiedy lekarze mówili mi, że nic jeszcze nie są w stanie powiedzieć o dziecku - bo to, co się wydarzy w najbliższych godzinach, jest wielką niewiadomą. Czy oddech będzie się stabilizował, czy nie dojdzie do wylewów, czy nie przyplącze się jakieś zakażenie (tak się, zresztą, stało - pierwszego dnia CRP było praktycznie w granicach normy, po kilku dniach rosło pomimo podawania antybiotyku pierwszego wyboru i dopiero zmiana antybiotyku powstrzymała dalszy wzrost wykładników stanu zapalnego)?
-Ale co byśmy zrobili teraz - rozumiesz - jakbyśmy teraz mieli decydować?
Więc nie wiem, co byśmy zrobili. Są szczepienia, które uważamy za ważne, ale na pewno do tematu podchodzimy dużo ostrożniej niż 7 lat temu, ze względu na to, co przeszliśmy z Adasiem. 

Jak jest teraz ze szczepieniami u Adasia? Kilka lat temu pisałam o swoich obawach z tym związanych (Szczepienia). Między innymi - czy znajdę lekarza, który rzetelnie oceni korzyści i ryzyko związane ze szczepieniem takiego dziecka, jak Adaś. Przez pierwsze dwa lata Adaś był szczepiony zgodnie z kalendarzem szczepień, szczepionkami obowiązkowymi i zalecanymi - jak dziecko urodzone o czasie i z nieobciążonym wywiadem. Nie na każde szczepienie zareagował dobrze. Od tamtego czasu trochę się wydarzyło. Kilka razy Adaś miał drgawki gorączkowe. Między innymi te, po których został przeniesiony na oddział intensywnego nadzoru. Przekroczył już "wiek standardowy" dla drgawek gorączkowych, czyli 5-6 lat. Lekarze są zgodni, że drgawki gorączkowe w tak późnym wieku nie są zjawiskiem normalnym i - niestety - coś jest na rzeczy.
W ubiegłym roku nadszedł czas "wymagalności" kolejnych szczepień i w przychodni chciano już nas umawiać. Na rutynowej kontroli u neurologa poruszyłam więc ten temat. Ku mojemu - szczerze powiem - zaskoczeniu, pani doktor zapytała:
-Czy moglibyście państwo z tymi szczepieniami poczekać? Przynajmniej do czasu, aż się to wszystko jakoś wyjaśni...
Kamień spadł mi z serca tak, że aż huknęło o ziemię.
Prawdopodobnie i tak byśmy nie zaszczepili. Nie teraz - za dużo obaw, za dużo niepewności. Odroczenie obowiązkowych szczepień z powodu przeciwwskazań neurologicznych to jednak dla mnie ogromna ulga. Co oznacza? Spokój. Nie wiem, czy rozumiecie...nie wypadamy poza system, bo mamy na papierze, że nie powinniśmy szczepić. Nie musimy robić uników. Nie musimy bać się wizyty u pediatry!

Zaraz ktoś powie, że to przecież oczywiste - jeśli tylko istnieją obiektywne, stwierdzone przez lekarza przeciwwskazania, to nikt takich dzieci nie zaszczepi, to co innego niż "widzi mi się" rodziców. A ja powiem - guzik prawda! Mam świadomość, że mieliśmy ogromne szczęście, znalazł się lekarz znający Adasia od lat kilku, świadomy wszelkich jego problemów i - jak widać - świadomy, że istnieje coś takiego, jak niepożądane odczyny poszczepienne. Ja po prostu wiem, że wcale tak nie musiało być i wiem, że niektórzy rodzice - bez takiego "papierka", a z podobnymi przeciwwskazaniami i obawami, mieli mniej szczęścia.
Przez ostatnie pół roku Adaś sporo chorował. Odkąd złapał grypę, posypało się równo. Co chwila coś. Jak nie jedno, to drugie. Antybiotyk za antybiotykiem. Tak w tym ciągu weekend sierpniowy mieliśmy z przytupem. Czterdzieści stopni gorączki przez cztery doby,  a do tego paskudna wysypka. Choć wysypka wyglądała na wirusową, CRP było na tyle wysokie, że skończyło się znów antybiotykiem. W tym wszystkim pozytywne, że udało nam się wytrwać w domu, choć lekko nie było; dwie godziny miałam takie, że wolę nie pamiętać - gorączka rosła, a mi się skończyły możliwości reagowania, zostały chłodne okłady i czekanie z telefonem pod ręką...
W każdym razie na początku tej ostatniej infekcji trafiliśmy w przychodni na pewna panią doktor. Tak od słowa do słowa - w sumie chyba pani doktor po prostu chciała ten temat poruszyć - zeszło na szczepienia: że Adasia, jeśli taki chorowity i źle znosi infekcje to koniecznie trzeba szczepić, na wszystko, co tylko możliwe - na grypę, pneumokoki, menigokoki, na ospę wietrzną...
-Ospę wietrzną już miał. Bardzo łagodnie przeszedł - wtrąciliśmy nieśmiało - Na pneumokoki szczepiony i choruje. Obecnie neurolog nie wyraził zgody na dalsze szczepienia.
Pani doktor, niewzruszona, kontynuowała:
-No ja nie wiem, co ci neurolodzy - czy oni z jakiejś innej wiedzy korzystają, czy co? Wszyscy pediatrzy, lekarze od chorób zakaźnych zachęcają do szczepień, a ci odraczają...
W duchu pomyślałam sobie tylko, że z wiedzy korzystają może i tej samej, ale doświadczeń czasem innych - w końcu do pediatrów, na oddziały pediatryczne, na oddziały zakaźne trafiają dzieci z powikłaniami po chorobach zakaźnych, a w ręce neurologów i fizjoterapeutów - te z powikłaniami po szczepieniach. Każdy ma tutaj swój punkt widzenia i swoje doświadczenie zawodowe.
Na koniec jeszcze pani doktor dobitnie podsumowała:
-Nie wiem, czego oni się boją. Nie ma czegoś takiego, jak niepożądane odczyny poszczepienne! Co niby miałoby się wydarzyć? Nigdy się przecież nic nie działo po jakiejkolwiek szczepionce. Ja bym tam szczepiła  - na wszystko, na co tylko się da!
Czegoś takiego naprawdę nie słyszałam - niepożądane odczyny są w ulotce każdej szczepionki wpisane i nawet w urzędowym rozporządzeniu. Nie był to jednak naprawdę dobry czas na polemikę (Adaś z 40-stopniową gorączką), pokiwałam więc głową z niedowierzaniem  i tematu nie podjęłam. Nie będę przecież pani doktor tłumaczyć, jak trudno uwierzyć, że  40-stopniowa gorączka bez innych objawów, w kilka godzin po szczepieniu to zupełny przypadek.

Odnotowałam w pamięci - nigdy więcej do tej pani doktor, i tyle. Mieszkam niedaleko dużego miasta, mam wybór lekarza. Co jednak, jeśli taki lekarz - de facto podważający prawdę naukową - przyjmuje w wiosce, gdzie nikogo innego nie ma? Na pewno zaszczepi każde dziecko i na wszystko. Na pewno nie zgłosi ani jednego NOP-u, bo takie coś przecież nie istnieje. Na pewno rodzic nie zostanie nawet odesłany do neurologa w razie wątpliwości dotyczących rozwoju dziecka, bo przecież "neurolodzy korzystają z innej wiedzy".

Wiem, że wszyscy, którzy mają watpliwości odnośnie obecnie funkcjonującego w Polsce systemu szczepień, uznawani są za ludzi zacofanych i przeczących faktom. Po każdej jednak ze stron można zaobserwować pewien poziom absurdu, przy którym pozostaje tylko się uśmiechnąć, i zarazem każda ze stron ma swoje argumenty, które otwierają możliwość dyskusji.
Taka mała anegdotka. Luch time w korporacji - kto pracuje w wielkim zagranicznym koncernie, ten zna te klimaty, kto nie - parę słów wyjaśnienia. Pora obiadowa, towarzystwo 30-40 lat, raczej bezdzietne, postępowe i nowoczesne. Lunch w pracy, siłownia (wersja dla panów) lub fitness (wersja dla pań) po pracy. Tematy różne, zależnie od dnia i nastroju - raporty służbowe, spotkania, spadki i wzrosty na giełdzie, sytuacja w Republice Południowej Afryki, efekt cieplarniany, panowie stający pod Biedronką, wyprawy na biegun, tanie loty do Lizbony...O wszystkim i o niczym. Czasem ciekawych rzeczy można posłuchać, czegoś się dowiedzieć.
Tak któregoś razu zeszło na szczepionki.
-Przez tych antyszczepionkowców wracają choroby, które już dawno były wyeliminowane! - oznajmił stanowczo jeden kolega.
Zapytałam, jakie choroby ma na myśli. Ja - jedyna dzieciata. Zakładałam, że powie: krztusiec, odra. Może polio na Ukrainie (ponoć poszczepienne).
-No...ospa - wymienił.
-Masz na myśli ospę wietrzną? - zapytałam lekko zdziwiona. Wiatrówka, z tego, co mi wiadomo wyeliminowana nigdy nie była, a szczepienie dostępne jest zaledwie od paru lat i to w ramach szczepień dodatkowych - płatnych.
-Wiatrówkę?! - tutaj kolega wyraził zdziwienie - Nie wiatrówkę - ospę. Nie było już jej i wraca.
-Ospy - na szczęście - nie ma już od kilkudziesięciu lat. Nie szczepi się też już na nią.
Po czym każdy powspominał, jak sam - w przedszkolu czy szkole podstawowej - przechodził wiatrówkę.
-Ale przecież w mediach tak trąbią o tej ospie...- podsumował kolega.
Gdybyś przypadkiem, drogi R. - w co szczerze wątpię - przeczytał to, to wiedz, że nie o Twoją wiedzę tutaj chodzi, tylko przekaz medialny. Sama bowiem wpisując w wyszukiwarce słowo "szczepienia", trafiam od razu na artykuły informujące o wzroście zachorowań na ospę (celowo nie wszędzie "wietrzną"). Tak, jakby ilość szczepień na nią w ostatnich latach spadała, a nie rosła.

Żeby jednak była jasność - nie odmawiam szczepieniom pozytywnych skutków, nie uważam, że w całości są złe. Dopóki jednak będą lekarze głęboko wierzący w brak jakichkolwiek powikłań poszczepiennych i zbywający uśmiechem politowania rodzica, który zjawia się w przychodni na dzień po szczepieniu; lekarze wmawiający rodzicom dziecka, które w dniu szczepienia trafia na oddział, że "na pewno było chore wcześniej", śmiem twierdzić że będą też rodzice odmawiający szczepień, obawiający się szczepień i coraz dalej - niestety - odsuwający się od konwencjonalnej medycyny, która spycha ich na margines i sprawia, że są łatwym łupem dla wszelkiego rodzaju szarlatanów i medycyny niekonwencjonalnej.

niedziela, 17 września 2017

Dwa tygodnie w szkole

Pierwszego dnia szkoły - to znaczy tego, kiedy były już lekcje - gdzieś około wieczora (bo tyle Adasiowi zwykle zajmuje przetworzenie informacji), Adaś podzielił się ze mną zdobytą w klasie wiedzą:
-Jeść - na przerwie, siku - na przerwie (no, chyba że ktoś bardzo musi), a picie to jest wyjątek.
Jak widać dzieci zostały zaznajomione z zasadami obowiązującymi w szkole, a dla Adasia to bardzo ważna sprawa, więc musiał powtórzyć sam sobie po kilka razy.
Poza tym podpytałam nieśmiało męża, gdzie jest drugie śniadanie, które przygotowałam dziecku do szkoły, a mąż powiedział - że PODOBNO zjedzone. Nie dowierzając wypytałam w sprzyjających okolicznościach samego Adasia. Potwierdził.
-A na której przerwie jadłeś śniadanie? - zapytałam.
-Na każdej - odparł Adaś.
I tutaj już sama nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć...
Pomimo zagadki ze śniadaniem jedzonym na każdej przerwie i w ilości niestandardowo dużej (obawiałam się nieco, że Adaś za bardzo się przejął regułą "jeść- na przerwie" i zrozumiał ją tak, że na przerwie TRZEBA jeść), nie było najgorzej, a nawet było całkiem dobrze.

Tym niemniej pierwsze dwa tygodnie szkoły minęły nam na emocjonalnej huśtawce. Raz wydawało mi się, że jest jakaś szansa, iż w sprawach szkolnych jakoś się poukłada, dostrzegałam nawet światełko w tunelu, a zaraz później widziałam tylko wielką czarną dziurę i czułam, że to się nie może udać.
Z zebrania klasowego, jak pisałam ostatnio, wyszłam pełna nadziei. Za to dwa dni później tata Adasia usłyszał, że w innej miejscowości jest świetna szkoła dla dzieci takich jak Adaś i że może byśmy tam spróbowali. Szkoła świetna, sama czytałam (pozdrowienia dla Magdaleny), rzecz jednak w tym, że jest to szkoła specjalna oddalona od naszego miejsca zamieszkania o ponad 30 km. Nie przyjęła Adasia szkoła integracyjna w tym samym powiecie, choć w innej gminie, to szkoła specjalna w innym powiecie na pewno go nie przyjmie, kiedy w orzeczeniu Adaś takich wskazań nie ma. Poczułam się...dziwnie, mówiąc oględnie.
Pierwszy tydzień szkoły zakończyliśmy z przytupem. Przyszłam po Adasia do szkoły. Zanim zdążyłam znaleźć właściwą świetlicę - a u nas w szkole to nie jest takie łatwe, świetlica może być dosłownie wszędzie: są trzy wyposażone i przystosowane sale, ale pozostałe dzieci trafiają do sal lekcyjnych, które akurat są wolne, każdego dnia inaczej; w każdym razie zanim trafiłam pod właściwe drzwi, usłyszałam za plecami Adasia. Pośrodku zupełnie pustego korytarza. Adaś machał mi radośnie "o, cześć mama!" Szedł do toalety. A potem nie za bardzo potrafił mi powiedzieć, skąd wyszedł...Razem chodziliśmy więc po szkole i szukaliśmy właściwych drzwi. Zasięgnęłam języka i podobno to jest normalna praktyka - no bo dziecko do tej toalety jakoś musi pójść, a opiekun musi pilnować w tym czasie innych dzieci, ale...no dla mnie nie jest. Nie jest odpowiedzialne wypuszczanie dziecka, które nie zna szkoły, na pusty korytarz, naprzeciwko wejścia do szkoły...Ciarki mnie przeszły, dobrze że akurat się zjawiłam. Takie to było zakończenie pierwszego tygodnia w szkole.
Drugi tydzień zaczął się optymistycznie, bo coś w temacie zajęć rewalidacyjnych ruszyło. W zeszycie do korespondencji otrzymałam informację o godzinie zajęć EEG biofeedback. Przypomniałam sobie jednak, że w przedszkolu podkreślana była konieczność dostarczenia zaświadczenia od lekarza neurologa o braku przeciwwskazań do podjęcia terapii. Zresztą w sumie wolałabym wiedzieć, dlaczego akurat EEG biofeedback i jakie korzyści miałby z tego mieć Adaś - w orzeczeniu takiej terapii nie ma wpisanej; ani słowa, jest terapia logopedyczna, psychologiczna, integracja sensoryczna, TUS, muzykoterapia...Po upewnieniu się, że dobrze mi się wydaje, napisałam stosowny e-mail do szkoły. Następnego dnia telefon od osoby mającej prowadzić terapię. Porozmawiałyśmy, zostałam wypytana o kilka spraw i stanęło na tym, że faktycznie - zaświadczenie lekarskie jest konieczne, drobne niedopatrzenie, że zabrakło tej informacji wcześniej, a utraty przytomności u dziecka mogą być przeciwwskazaniem. Całkiem pozytywnie nastawiona - po rzeczowej rozmowie i, jak mi się wydawało, omówieniu tematu - wróciłam do domu a tam...ankieta dotycząca dziecka i oświadczenie do podpisania, że wyrażam zgodę na EEG biofeedback. I znów nie za bardzo wiedziałam, jak ja to mam rozumieć, bo jedyne wytłumaczenie, jakie znajduję, to że dziecko ma terapię i tak mieć, a odpowiedzialność za jej wprowadzenie mam wziąć ja. Wdech - wydech i do przodu. Zobaczymy. Na razie jestem pełna nadziei, że wrzesień to taki miesiąc na ułożenie wszystkiego, potem będzie z górki.

Jeśli o Adasia chodzi - pierwszy tydzień był jeszcze jako taki, ale z dnia na dzień jest gorzej. Coraz trudniej mu kontrolować emocje, coraz większe napięcie widać, coraz bardziej widać problemy z przetwarzaniem bodźców sensorycznych.
Adaś krzyczy - non stop krzyczy. Myślę, że krzyczy, żeby zagłuszyć myśli.
Równia pochyła, z dnia na dzień lecimy w dół.
W ten weekend doszliśmy już do tego etapu, że Adaś najchętniej zaszyłby się w domu.
"Nie chcę do miasta. Tam jest dużo ludzi. Jest hałas. U nas jest pusto."
Czy damy radę? Tego, szczerze, nie wiem.

Poniżej kilka zdjęć z naszych małych odskoczni od szkolnych stresów.
Pyszne lody i kontemplacja sztuki ozdabiającej ścianę w lodziarni. "Upięknianie" domu pocztówkami z wakacji - inspirowane właśnie wystrojem lodziarni. Zabawa wiatraczkami z wrocławskiego festiwalu nauki.

poniedziałek, 4 września 2017

Rozpoczęcie roku mamy za sobą

Adaś nastawiony nadal pozytywnie. To najważniejsze.
Jeszcze ani razu nie usłyszałam, że "jutro nie idę do szkoły" (stawiam, że ten pierwszy raz będzie jutro o 7 rano ;)
Przed wyjściem z domu. Stres jest. 

To już po powrocie. Radość pełna.
Ja tymczasem miałam nadzieję napisać dziś coś w stylu, że pierwsze lody przełamane i wreszcie mamy to za sobą. Miało już być nieco z górki, choć tak naprawdę szkoła zacznie się dopiero jutro, wraz z pierwszymi lekcjami.
W najmniej optymistycznych wizjach nie spodziewałam się, że uroczyste rozpoczęcie roku w nowej szkole Adasia będzie wyglądało tak, jak wyglądało. 
Przy wejściu do szkoły zaatakowało nas "targowisko różności". Może ja staroświecka jestem, ale kiedyś to by nie przeszło. Baloniki reklamujące internet bezprzewodowy, osoby wciskające ulotki przeróżnych zajęć pozalekcyjnych od pływania, po piłkę nożną. Na korytarzu Adasia zaczepił jakiś pan wmawiając mu (i nam), że ma chłopak zadatki na świetnego piłkarza. To chyba miało rozbudzić ambicje rodziców i sprawić, że zapiszemy dziecko do szkółki piłkarskiej, a zabrzmiało wręcz groteskowo.
Żeby uniknąć korytarzowego zgiełku zaszyliśmy się w szatni i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że szatnie były częściowo podpisane, a częściowo jeszcze nie. Policzył Adaś "1a", "1b", "1c" i wpadł w lekki niepokój, że jego "1e" nie ma. Chodził po szatni i szukał, frustrując się coraz bardziej - nie dlatego, żeby chciał koniecznie kurtkę powiesić, raczej z tego powodu, że po prostu wieszaki z opisem "1e" powinny być, a ich nie było.
(Wieczorem, kiedy tata z Adasiem przyjechali odebrać mnie z zebrania wszystko już było na miejscu; Adaś musiał sprawdzić).
Wracając do poranka, w sali lekcyjnej odbyło się odczytanie listy obecności. Na zapoznanie z klasą przewidziano pół godziny, ale lista obecności zajęła może 5 minut. Podczas, gdy inne klasy pierwsze - każda we własnej sali - miały zajęcia zapoznawcze, klasa Adasia została od razu zaprowadzona na salę gimnastyczną na apel. Najpierw więc dzieci musiały poczekać 10 minut na korytarzu, aż starsze klasy wyjdą. Potem weszły na salę, zostały ustawione do apelu w dwurzędzie i miały tak wytrzymać...20 minut! Przy tym w tle leciała muzyka. Po 15 minutach zaczęły się schodzić inne klasy. Im więcej dzieci było na sali, tym głośniejsza była muzyka. Odniosłam wrażenie, miała za zadanie zagłuszyć ogólny szum jakiś 250 dzieci i 500 rodziców...Nie wytrzymałam, poszłam poprosić, żeby choć trochę ściszyli.
To gorzkie poczucie, że naprawdę nikt nie wie, iż dla dziecka z autyzmem zafundowanie mu takich "atrakcji" to koszmar.
Wreszcie 5 minut uroczystego apelu i do domu.
Poszliśmy do piekarni po obiecane kruche ciasteczka na osłodę. Adaś w tym wszystkim zupełnie niewzruszony. Niezbyt rozmowny, ale i  nie narzekający. Nie potrafiłam odgadnąć, co tam sobie myśli.
Popołudniu spędziłam równe 3 godziny na zebraniu. W późniejszej rozmowie w cztery oczy usłyszałam, że nauczyciela wspomagającego na razie brak, a poza tym nikt nigdy ucznia z autyzmem tutaj nie widział, ale...po tym wszystkim, co miało miejsce rano zobaczyłam światełko w tunelu. Jest wola współpracy. Tego się na razie trzymam.

Edit do poprzedniego wpisu: Jest 6 klas pierwszych i 4 zerówki. Dwa dni w tygodniu klasa Adasia zaczyna zajęcia o 12:30 i kończy o 16:00, a jak popatrzyłam na plany zajęć innych klas - wcale nie ma najgorzej...

środa, 30 sierpnia 2017

W temacie szkoły

Na początku roku pisałam, że przed nami czas wyboru szkoły dla Adasia (Projekt szkoła). Przez ostatnie pół roku działo się w tym temacie sporo, tutaj jednak milczałam, trochę z braku czasu, a trochę z przekonania. Chciałam napisać wszystko w podsumowaniu, kiedy szkoła będzie już wybrana, a Adaś wpisany na listę uczniów. Tak naprawdę do ubiegłego czwartku sprawa była otwarta. Dopiero na dniach wszystko się wyjaśniło, niestety po naszej myśli. Naiwnie, pisząc poprzedni wpis o szkole, zakładałam, że mamy wybór...
W te pół roku odbyliśmy niejedną rozmowę na temat przyszłości edukacyjnej Adasia. Rozmawialiśmy w przedszkolu, rozmawialiśmy z osobami pracującymi z Adasiem w ramach WWR. Kompletowaliśmy dokumenty i opinie potrzebne w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Nie było mi łatwo czytać niektóre z nich, ale choć na początku miałam ochotę zaprzeczyć, dziś wdzięczna jestem, że były prawdziwe. Byliśmy u psychiatry po stosowne zaświadczenie. Na zaświadczeniu został wpisany HFA (czyli tzw. autyzm wysokofunkcjonujący, o czym jeszcze kilka lat temu mogliśmy pomarzyć; tak mi się wtedy lekko z tego powodu zrobiło), pani doktor jednak, nie owijając w bawełnę podkreślała, że dziecko potrzebuje odpowiednich warunków na ścieżce edukacyjnej i że łatwo nie będzie.
W marcu Adaś miał testy w poradni psychologiczno-pedagogicznej i pozostało nam w sumie czekać na orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego wydane na kolejny etap edukacyjny. O ile dobrze sobie przypominam, w którymś momencie zastanawiałam się nawet, czy Adaś w ogóle takie orzeczenie otrzyma...
Odbyliśmy kilka spotkań w różnych szkołach podstawowych. W każdej z nich rzeczowa rozmowa, omówienie możliwości, wyzwań i potencjalnych problemów. Między innymi byłam na rozmowie z panią dyrektor naszej rejonowej szkoły. Pani dyrektor, zorientowana w temacie autyzmu tak, że aż mi zaimponowała, spokojnie opowiedziała, jakie rozwiązania szkoła stosuje, czego mogę oczekiwać, ale jednocześnie wprost mówiła, że łatwo nie będzie. Szkoła jest za duża, za głośna, przepełniona, z lekcjami na trzy zmiany. Zapewniła, że jeśli się zdecydujemy na tą placówkę, będą się starać, na ile mogą, ale nie gwarantuje powodzenia.
Ze wszystkich tych rozmów o szkole dla Adasia wyłonił się nam jeden konkretny obraz - najlepszym rozwiązaniem będzie dobra szkoła integracyjna. Zasadniczo każda z osób, z którymi rozmawialiśmy (a są to osoby znające Adasia po kilka lat, często przez całą przedszkolną "karierę", znające go na tle innych dzieci, na tle wymagań szkolnych), odradzała szkołę masową. Decyzję przypieczętowały zapisy w orzeczeniu o potrzebie kształcenia specjalnego, które wyraźnie wskazywały na szkołę integracyjną, jako zalecaną formę kształcenia.
Szczerze powiem - spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Jeszcze nie tak dawno realnie zakładaliśmy posłanie Adasia do szkoły rejonowej, jako całkiem optymalne rozwiązanie. Musiałam przemyśleć to i owo, przeorganizować własne podejście do tematu.
Jedną ze szkół, które odwiedziliśmy, była szkoła terapeutyczna dla dzieci z autyzmem. Kameralne, 4-osobowe klasy, przyjmuje dzieci w normie intelektualnej. Bardzo przyjazne miejsce, które poważnie na którymś etapie rozważań nad szkołą braliśmy pod uwagę, z lekkim zastanowieniem tylko czy Adaś wymaga "aż takiego wsparcia"? Gdybyśmy tylko mieszkali bliżej...Ostatecznie zadecydowała odległość, albo - nie tyle odległość, co czas dojazdu. Biorąc pod uwagę wrocławskie korki, konieczność przedarcia się w godzinach szczytu z przez całe miasto, a potem jeszcze dojazd do pracy, pomijając wszystko inne logistycznie nie dalibyśmy rady. A Adaś - no cóż, spędzałby czas przeznaczony na odpoczynek i zabawę w samochodzie.
W każdym razie, w czasie kiedy jeszcze rozważaliśmy taką opcję i kiedy trochę mimochodem w przedszkolu tata Adasia poruszył ten temat, usłyszał, że taka szkoła wcale nie byłaby na wyrost. Adasiowi bliżej do szkoły terapeutycznej niż masowej. Szczerze - trudne to, przetrawić musiałam, ale może faktycznie tak jest? Potem jeszcze był temat orzeczenia o niepełnosprawności, bo w tamtej szkole wszystkie dzieci mają i jego brak trochę nam (i szkole przede wszystkim) sprawę by utrudniał. Pozostało tylko wspólne pokiwanie głowami, że komisja - trwająca z reguły 5 minut - raczej Adasiowi nie przyzna takiego orzeczenia. To są problemy, które widać widać w grupie, w określonych sytuacjach. Nie podczas 5-minutowej rozmowy jeden na jeden z dorosłym. W końcu inteligentny jest chłopak i urzekający elokwencją, niektórzy nawet utrzymują, że patrzy w oczy, więc autyzmu nie widać. Chyba, że ktoś wie, na co patrzyć, wie jak zapytać...ale to rzadkość, nieliczni mają takie kompetencje.

Zdecydowaliśmy więc, że szkoła będzie integracyjna i mur - w gminie takiej nie ma. Nie mogąc uwierzyć, że w sporej gminie (nie, nie Wrocław) naprawdę nie ma szkoły integracyjnej, obdzwoniłam co się dało i...faktycznie nie ma. Nie ma nawet oddziału integracyjnego. Nie wiem czy bardziej byłam rozgoryczona, czy zdziwiona.
Znaleźliśmy dobrą publiczną szkołę integracyjną w sąsiedniej gminie, tata Adasia był na rozmowie, obejrzał szkołę i wydawało się, że znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Dyrekcja zapewniła, że miejsca mają i nie powinno być problemu, chociaż dziecko jest spoza gminy.
Znów więc telefon i pytanie, załatwianie, kombinowanie. W Wydziale Edukacji przyznali, że przyjmują czasem uczniów z naszej gminy, trzeba to tylko formalnie załatwić. Nasza gmina stwierdziła, że oni nie wyślą "bo to tak nie działa". W końcu pomiędzy telefonami do jednej gminy ("nie da się") i do drugiej gminy ("pani napisze wniosek, gmina nam prześle"), mieliśmy z mężem ochotę walić głową w mur, albo powiedzieć paniom urzędniczkom, żeby same między sobą skonsultowały wszelkie "da się" i "nie da się" w oparciu o odpowiednie akty prawne.
Ostatecznie gminy sobie wyjaśniły, że jest taka możliwość, teoretycznie przynajmniej, żeby nasza gmina przesłała dokumenty do gminy sąsiedniej, a gmina sąsiednia przyjęła nasze dziecko do szkoly integracyjnej. Zjawiłam się więc w odpowiedniej jednostce przy Urzędzie Gminy z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego, żeby złożyć wniosek o szkołę integracyjną. Panie bardzo miłe, chętne pomóc, tylko zupełnie nie zorientowane ani co ja mam im dać, ani co one mają przesłać. Cała sytuacja, kiedy to ja mówiłam, jak to formalnie załatwić, była w pewnym sensie nawet zabawna. Mniej mi jednak do śmiechu było, gdy zastanowiłam się, co się dzieje z innymi uczniami o specjalnych potrzebach edukacyjnych z naszej gminy? Nigdy nie przychodzą rodzice tacy jak ja? Nie wnioskują o zapewnienie dziecku kształcenia zgodnego z zapisami orzeczenia? Miałam wrażenie, że naprawdę jestem pierwszym rodzicem, który zgłasza się w takiej sprawie.
Tyle mogliśmy w temacie zrobić. W połowie wakacji dostaliśmy pismo w sprawie wybranej przez nas szkoły integracyjnej. Przyjmą nasze dziecko w ramach wolnych miejsc, z ostateczną decyzją muszą jednak poczekać do końca sierpnia. Pod koniec sierpnia przyszła decyzja odmowna.
Tyle w temacie.

Została nam szkoła rejonowa, która być może byłaby rozwiązaniem w jakiś tam sposób akceptowalnym, gdyby nie to, że jest to szkoła-moloch, w której uczy się około 1200 dzieci. Lista nowo przyjętych uczniów to 5 klas pierwszych i 3 zerówki do tego, sumie ponad 200 dzieci. Dzieci w szkolnym budynku i tak ledwo się mieszczą, więc chodzą na trzy zmiany. Siłą rzeczy przy tylu uczniach szkoła jest głośna, zatłoczona, a nauczyciele mają mniejsze możliwości, by poświęcić każdemu dziecku odpowiednią ilość czasu i uwagi.
Od tygodnia wczytuję się w rozporządzenia (w tym wszystkim nie wiem nawet czy stare czytać, czy nowe i które są te obowiązujące), licząc że natknę się gdzieś na zapis, że gmina musi...naiwnie.
Dzwonimy z mężem, gdzie się da.
Mąż zadzwonił do gminy, która przysłała nam decyzję odmowną..
- Proszę nie robić sobie nadziei. Zawsze mogą państwo sami postarać się o utworzenie we własnej gminie szkoły integracyjnej.
Zadzowniłam do naszej gminy.
-Ale czego pani od nas oczekuje? Dziecko pójdzie do szkoły rejonowej i tyle.
Tłumaczę więc, że oczekuję zapewnienia dziecku odpowiednich warunków do nauki. Wyjaśniam, że rejonowa szkoła jest duża i przepełniona, że to nie są odpowiednie warunki dla dziecka z autyzmem (szczerze - tak duża szkoła nie stwarza w ogóle odpowiednich warunków jakimkolwiek dzieciom, a zostawienie w przepełnionej już szkole kolejnego rocznika dzieci, które w założeniu miały iść do gimnazjum, a nie poszły, pozostawię bez komentarza)
-No ale co ja pani poradzę? Dziecko będzie miało nauczyciela wspomagającego.
Tylko on nie sprawi, że będzie ciszej i spokojniej. Zresztą - w przypadku Adasia nauczyciel wspomagający nie jest najlepszym rozwiązaniem. Kiedyś może wyjaśnię, dlaczego. W każdym razie - będzie nauczyciel wspomagający, z rozmowy ze szkołą wynika, że na pół etatu...
Nieśmiało więc pytam o możliwości utworzenia szkoły integracyjnej na terenie gminy. Jakbym tak znalazla innych rodziców dzieci z orzeczeniami...
-Eeee...proszę pani, to nie takie proste. Radzę sobie odpuścić.
Szkoła też mnie raczej sprowadziła na ziemię, bo kiedy zapytałam o możliwość utworzenia choćby klasy integracyjnej, pani dyrektor przyznała, że mój syn jest trzecim dzieckiem z takim orzeczeniem w całej wielkiej szkole, nie mówiąc już o tym, że w klasach początkowych takich dzieci po prostu nie ma. Dalej więc się zastanawiam, gdzie są "takie" dzieci z naszej gminy i przychodzi mi na myśl, że chyba w tych szkołach, gdzie dojeżdżają po 20 km codziennie w jedną stronę. W szkołach prywatnych, prowadzonych przez stowarzyszenia i fundacje. Znikają z "obowiązku" państwa, które nie jest im w stanie zapewnić odpowiednich warunków do nauki...
Zadzwoniłam w końcu do poradni psychologiczno-pedagogicznej, która wydawała orzeczenie. Tłumaczę w czym rzecz. Pani po niespełna minucie rozmowy informuje mnie, że problem braku szkoły integracyjnej na pewno nie istnieje, bo przecież dziecko ma też wpisaną szkołę masową. Nie chcę się spierać o zapisy "zalecana" i "ewentualnie", zastanawia mnie tylko, skąd pani w poradni wie, bo na pewno nie zdążylaby tak szybko sprawdzić. W toku rozmowy wiem już, skąd wie.
-Zawsze wpisujemy więcej możliwości, żeby gmina mogła dziecku zapewnić odpowiednie kształcenie.
-Czyli rozumiem, że ta szkoła masowa to na takie sytuacje? Kiedy zwyczajnie nie ma integracyjnej?
-Tak, właśnie tak.
-To raczej w naszym przypadku nie jest na korzyść...bo rozumiem, że jakby była tylko integracyjna i my byśmy chcieli posłać dziecko do integracyjnej, to gmina musiałaby taką zapewnić?
-No tak. Tymczasem może iść do rejonowej i mieć nauczyciela wspomagającego.
Poinformowałam więc, że nasza rejonowa to 1200 dzieci i trzy zmiany. W słuchawce usłyszałam tylko jęknięcie, utwierdzające mnie w przekonaniu, że choć nie ma innego wyjścia, to jedyne dostępne nie wróży powodzenia.
Biorąc pod uwagę, że była to już któraś z kolei rozmowa, która uświadamiała mi, jak bardzo mamy związane ręce i jak bardzo w (wstawić odpowiednie słowo) jesteśmy, zupełnie serio bliska byłam, żeby rozpłakać się z bezsilności.
Zapytałam jeszcze tylko:
-A jeśli...jeśli po pół roku okaże się, że to rozwiązanie się nie sprawdziło, że ta szkoła nie daje rady, to...?
-To zostanie państwu nauczanie indywidualne.

Tak więc uderzamy głową w mur i z jednej strony szukamy alternatywy, a z drugiej powoli staramy
się pogodzić z tym, że jest jak jest i załatwić możliwie najwięcej w ramach szkoły, do której Adaś pójdzie już za kilka dni.
Tymczasem Adaś wybrał już sobie plecak szkolny, posegregował w piórniku kredki i flamastry i jest do szkoły pozytywnie nastawiony, co tym bardziej sprawia, że tak bardzo bym chciała posłać go do szkoły, co do której mam przekonanie, że to właściwe miejsce dla niego.

sobota, 19 sierpnia 2017

Wakacje 2017 cz.1

Jak to zwykle bywa, zaczęło się od wielkiego pakowania. W tym roku wszystko jakoś w biegu. Lipiec na wyjazd to dla nas zdecydowanie zbyt wcześnie. Bo choć mamy już drugą połowę sierpnia, to my na urlopie byliśmy miesiąc temu. Ledwo zdążyliśmy ochłonąć po emocjach związanych z adasiowym zakończeniem przedszkola, domknęliśmy sprawy związane z przyszłą szkołą (właściwie sprawa jest nadal otwarta, ale w temacie zrobiliśmy tyle, ile zrobić się dało - to na osobny wpis zresztą), ledwo poczuliśmy lato, a tu już wakacyjny wyjazd.
Lekko panikując, jak ja to wszystko ogarnę, bo w domu jakby tornado przeszło, w pracy przedurlopowe urwanie głowy, a do tego Adaś miał już przedszkolne wakacje, stwierdziłam, że nie ma wyjścia - trzeba zastosować starą sprawdzoną metodę i zacząć pakować się wcześniej. Tydzień przed wyjazdem zrobiłam pranie, wyprasowałam wszystko i oznajmiłam, że teraz nie korzystamy z ubrań, które zamierzamy zabrać nad morze. Małżonek popatrzył na mnie, jakbym oczekiwała od niego nie-wiadomo-czego. 

W tygodniu Adaś razem ze mną ochoczo pakował walizkę. Przygotował nawet własnoręcznie listy rzeczy do zabrania, osobno dla każdego członka rodziny. Na swojej umieścił "koloratunkowe, zabawki, ksiazke i kredki". Dzień przed wyjazdem byliśmy praktycznie spakowani. 
Małżonek zarządził, że wyjeżdżamy następnego dnia o świcie i wtedy to ja zrobiłam wielkie oczy - czy on naprawdę wierzy, że my wstaniemy o świcie i będziemy gotowi na 6 rano?! Wprawdzie już poprzedniego wieczora byliśmy prawie gotowi, ale ja wiedziałam, że to "prawie" robi różnicę i rano jeszcze będzie trochę zabawy z upchnięciem rzeczy, które po prostu trzeba pakować na ostatnią chwilę. Na przykład lodówka z hormonem wzrostu. Nie pomyliłam się. Wydawało mi się, że wcale dużo rzeczy nie zabieramy, tylko bagażnik w samochodzie wydał się nagle taki mały...W sumie może to nawet być prawda. W efekcie o 6 rano stałam na podwórku i, pod czujnym okiem kolegi Adasia i jego młodszego brata, którzy nie mogli przepuścić takiej okazji, upychałam kolanem bagaże w bagażniku. Uparłam się, że żadna część bagażu nie będzie jechać w kabinie (bezpieczeństwo!) i dopięłam swego, ale łatwo nie było.
Adaś za to, gdy mu dzień wcześniej powiedzieliśmy, że wyruszymy bardzo rano, nawet się ucieszył. Miał plan: przespać połowę drogi  i obudzić się już prawie nad morzem. Morza nie mógł się doczekać. Poprosił więc, żebyśmy go nie budzili, poinstruował z rozbrajająca dokładnością, jak mamy go przenieść do samochodu i żeby przypadkiem nie próbować go przebierać - jedzie w pidżamie. Oczywiście obudził się przy przenoszeniu do samochodu. 

Wszystko po to, by następnego dnia zameldować się w pięknej nadmorskiej miejscowości, w której zasadniczo nic nie ma. Jest trochę domków letniskowych, kilka domów, kilka ośrodków wczasowych z dużym terenem wkoło i tyle. Ustronność miejsca przerosła moje oczekiwania. Plaża zresztą też - szeroka i wcale nie zatłoczona. Nawet pogoda okazała się niespodziewanie dobra. Zapakowałam nam gry i kolorowanki, kredki, kartki...wszystko czym można zająć dziecko na wypadek niepogody. Połowa z tych rzeczy zupełnie się nie przydała. Zaplanowaliśmy też kilka wycieczek na mniej słoneczne dni i ledwo nam czasu starczyło, bo niemal codziennie pogoda zachęcała do pójścia na plażę.

Niezmiennie Adaś uwielbia przesuwający się przed oczami piasek. Tym razem nie sprawiało to problemów - ani nam, ani Adasiowi. Mógł sobie sypać do woli, bez większych obaw o innych plażujących, bo plaża okazała się przestronna i "małoludna", jak ją Adaś nazywał. Dwa lata temu hitem był piasek suchy. Rok temu - pluskanie mokrym piaskiem w morskie fale. W tym roku jedno i drugie :) Ponadto niezmiennie zbieranie muszelek i bursztynków.
Oraz kolekcjonowanie budowli z piasku, a raczej ich zdjęć, wobec których Adaś miał jakiś tajemniczy plan.
Pewnego razu postanowiliśmy zrobić piaskową rybkę. Zaczęłam więc kształtować z piasku tułów ryby, ogon, płetwę grzbietową...Nagle Adaś pyta:
-A gdzie druga płetwa?
-Ta brzuszna? - odpowiedziałam pytaniem.
-...?
Pewnie użyłam zbyt wyrafinowanego słownictwa. W końcu skąd dziecko ma wiedzieć, co to jest "płetwa brzuszna". Dopytałam więc, czy o "drugą płetwę" chodzi, a Adaś ochoczo przytaknął i zabraliśmy się dalej za piaskową rybkę. Ja w przekonaniu, że robimy rybę widzianą z boku, Adaś - z góry. Nieporozumienie odkryłam dopiero wówczas, gdy Adaś widzianej z boku rybce doprawił dwoje oczu.

Któregoś dnia byliśmy na plaży pod wieczór. Wtedy ludzi jest mniej, a na plaży zloty organizują nadmorskie ptaki. Zupełnie niespodziewanie Adaś, na ich widok, klęknął na piasku i zaczął naśladować odgłosy wydawane przez mewy. Najdziwniejsze w tym wszystkim było, że naśladował je niemal idealnie. Potem zdarzało się to dość często. Chodził Adaś plażą i rozmawiał z nadmorskimi ptakami.
Wyprawy rowerowe to coś, co lubimy rodzinnie, wszyscy. Może już całkiem niedługo nadejdzie czas, że będziemy mogli wybierać się na wycieczki rowerowe z Adasiem jadącym na własnym rowerze? Realnie myślę o przyszłym roku. Adaś potrafi jeździć na rowerze. Po miejscowości, na bardzo krótkich trasach jeździł na swoim rowerku, ale na dłuższą wyprawę (taką kilka kilometrów) jest jeszcze za wcześnie - synek kondycyjnie nie dałby rady. Na razie więc fotelik rowerowy jest bardzo przydatną opcją, w pewnym sensie dostępną dla nas tylko dzięki temu, że Adaś jest drobnym dzieckiem. Większość 7-latków zwyczajnie jest za duża na taki fotelik, zarówno pod względem wzrostu, jak i wagi.
W tym roku pojeździliśmy sporo. Pod nosem mieliśmy piękną, nadmorską trasę rowerową, a rowery do wypożyczenia praktycznie na miejscu. Rok temu też chcieliśmy pojeździć, ale...wtedy, ku naszemu zaskoczeniu, wypożyczenie rowerów graniczyło z cudem. Jedna wypożyczalnia na całą miejscowość i jeszcze właściciel taki jakiś oględnie mówiąc nieprzychylny.

Udało nam się wrócić do Ekoparku Wchodniego pod Kołobrzegiem, z malowniczą drewnianą ścieżką, z której po jednej stronie widać morze, a po drugiej bagniste tereny lasów. Niestety nie byłam tam o 6 rano w mglisty dzień, jak to sobie wymarzyłam dwa lata temu, ale w środku dnia też jest tam przepięknie. Adaś po powrocie z tej wycieczki stanowczo oznajmił, że "zostanie ptasznikiem". Ostatecznie okazało się, że zamiast miłości do pająków, poczuł pociąg do fotografowania ptaków i chce zostać ornitologiem. Naprawdę przepiękne wyszły te adasiowe zdjęcia ptaków. Od tego czasu zawzięcie wyszukiwał pliszek, rudzików, gołębi, wróbelków, a jeśli akurat nie było pod ręką aparatu ani nawet telefonu, żeby mama zrobiła zdjęcie, to był dopiero problem...
Wybraliśmy się też szlakiem do najstarszych dębów w Polsce. Niektórzy twierdzą, że to wcale nie Dąb Bartek jest najstarszym dębem w Polsce, a Dąb Bolesław znajdujący się w okolicach Kołobrzegu. Niestety, w ubiegłym roku dąb ten został powalony przez potężną burzę i został po nim tylko leżący pień z ogromnym systemem korzeniowym na wierzchu. Kawałek dalej, jadąc tym samym szlakiem, można zobaczyć niemal równie wiekowy Dąb Warcisław. 
My poprzestaliśmy jednak na "Bolesławie", nalezienie go bowiem zajęło nam sporo czasu. Pobłądziliśmy najpierw, jeszcze przed znalezieniem właściwego szlaku. Początkowo ścieżka prowadziła przez takie tereny, że łatwo było zwątpić, iż to właściwa droga. Potem trzeba się było przedostać na drugą stronę bardzo ruchliwej szosy (żadnych świateł, nic z tych rzeczy, nawet namalowanych pasów nie było), potem przez niestrzeżony szlaban kolejowy i kiedy prawdę powiedziawszy z duszą na ramieniu myślałam "co jeszcze?", znaleźliśmy się w pięknym, starym lesie. 
Potem jeszcze tylko znaleźć właściwy dąb wśród drzew. Wskazówki dla turystów zawiodły. Wywiodły nas w las, dosłownie. Nieoceniony w zaistniałej sytuacji telefon wszystkowiedzący mówił, że "to tutaj", a dębu jak nie było, tak nie było. To znaczy - tego właściwego dębu. Tata Adasia stwierdził nawet, że biorąc pod uwagę, iż dąb został powalony przez wichurę, być może nie zastaniemy niczego poza tabliczką "tu rósł Dąb Bolesław". 
Kiedy tak błądziliśmy po lesie, Adaś wyczuł, że od jakiś 15 minut jesteśmy praktycznie na miejscu, tylko właściwego drzewa brak (a, o dziwo!, wkręcił się chłopak niesamowicie i bardzo, ale to bardzo był zainteresowany tym "niezwykle starym dębem" i wypytywał po drodze o wszystko).
-Gdzie jest Turus?
Popatrzyliśmy po sobie z mężem, nie bardzo wiedząc o co chodzi. Ja zaczęłam myśleć o zwierzęciu, co się tur zowie (tur, tak z łacińska - mogłoby i być turus), tylko czemu miałby być w tym akurat lesie? Nie wiem, o czym pomyślał tata Adasia, ale Adaś nadal dopytywał o Turusa. Trochę trwało zanim tata rozszyfrował zagadkę:
-Adasiu, "tu rósł", dąb rósł!
No, ale jakby nie było, przecież wcześniej mówił, że będzie tabliczka "tu rósł"...
W końcu udało nam się znaleźć i dąb i tabliczkę opisującą jego dzieje. Trzeba było zboczyć z drogi, zapuścić się w nieprzebyty las, chyba jednak niezbyt uczęszczaną ścieżką, poprzez konary i błotniste kałuże (na miejscu spotkaliśmy innego turystę, równie jak my ubłoconego i ucieszonego, że znalazł ten ukryty w środku lasu przewrócony pień). Zdecydowanie jednak warto było.


Trzecia nasza wyprawa to był prawdziwy długi dystans. W sumie prawie 30 km w dwie strony  - do latarni w Gąskach. Byliśmy tam dwa lata temu i bardzo się Adasiowi spodobało. Ja z kolei pamiętałam, jak bardzo musiałam się wtedy postarać, żeby się dziecko nie zorientowało, że mama boi się wysokości i że w ogóle wchodzenie na latarnię może być czymś budzącym lęk. Piękną panoramę okolicy oglądałam, trzymając się muru latarni, co z boku patrząc musiało dość zabawnie wyglądać. 
Wyprawa rowerowa przez nadmorskie lasy stanowić miała niejako wartość dodaną. Okazała się jednak atrakcją samą w sobie, a latarnię...no cóż, zwiedziliśmy dzień później, jadąc tam samochodem. Niestety, kiedy dotarliśmy na miejsce, po przejechaniu rowerami kilkunastu kilometrów, przywitał nas tłum ludzi przed latarnią, a kiedy nawet gotowi byliśmy stanąć w kolejce i odczekać zapewne z godzinę co najmniej, pan oznajmił przerwę techniczną (sprawdzałam, zupełnie poważnie, dzień wcześniej w internecie i nic takiego tam nie było).
Latarnię w Gąskach i wyprawę do Kołobrzegu zostawiam na kolejny wpis.

niedziela, 30 lipca 2017

Lipiec nad Bałtykiem

Lipiec się jeszcze nie skończył, a my już jesteśmy po wakacjach. Tych wyjazdowych przynajmniej.
Jeśli mam być szczera, to końcówkę sierpnia nad polskim morzem lubię znacznie bardziej, bo zwykle pogoda jest lepsza, a turystów mniej. Nie zawsze jednak ma się wybór co do terminu. Przedszkole Adasia jest zamknięte przez jeden miesiąc w roku, na zmianę - lipiec lub sierpień. Tym razem wypadł lipiec. Zresztą, tak sobie myślę, że za rok będziemy myśleć, jak zaplanować całe dwa miesiące wolnego od szkoły...
Wakacje to dla nas - mnie i męża - zawsze pewnego rodzaju wyzwanie. Jak to wszystko zaplanować? Zaplanować wyjazd, ale i ten czas, kiedy nie wyjeżdżamy. Potem na miejscu - jak pomóc Adasiowi w aklimatyzacji? Na ile ustalić sztywny rytm dnia, a na ile pozwalać sobie na dowolność? Rodzice małych dzieci przed wyjazdem na wakacje myślą, ile rzeczy trzeba zabrać ze sobą. My myślimy, ile szczegółów trzeba zaplanować, bo każdy z nich może sprawić, że misternie budowana równowaga się posypie. Rozumiecie? A czasem...czasem jest tak, że niby wszystko jest przemyślane, niby powinno być dobrze, a i tak "coś" nie gra i zachodzić w głowę można, czy to szum morskich fal, kolor łóżka czy zbyt wypełniony (z może za mało wypełniony?) plan dnia.
Jeśli o lipiec chodzi, to zresztą wcześniejsze doświadczenia mieliśmy takie sobie. Choć wakacje sprzed dwóch lat wspominam całkiem miło, to pamiętam też, że na miejscu bywało różnie. Adasia drażniły zapewne wszechobecne tłumy i związany z tym brak swobody. Problemem bywało pójście na obiad czy na plażę. Ulubioną zabawą było sypanie piaskiem. Jeśli o intencje chodzi, to Adaś sypał dla siebie, bo to przyjemne wrażenia wzrokowe, ale biorąc pod uwagę, że z rzadka zwraca uwagę na to, co się dzieje wkoło niego, notorycznie ratowałam przed piaskiem przygodnych plażowiczów, których jak na złość było całe mnóstwo. Oczy dookoła głowy to mało...
W tym roku, chociaż wyjeżdżaliśmy w lipcu, to na pogodę nie mogliśmy narzekać. Podobno nawet na południu Polski więcej padało. Nad morzem nie było upalnie, ale całkiem ciepło. Bardziej przydały się krótkie spodenki, niż kurtki przeciwdeszczowe. Deszcz był może ze trzy razy i jak już to kulturalnie - wieczorem ;)  Jak na Bałtyk chyba nie jest źle, prawda? Ku mojemu zaskoczeniu wybrana przez nas "nadmorska dziura" okazała się jeszcze bardziej kameralna, niż się spodziewałam. Plaża szersza niż sobie wyobrażaliśmy i nawet Adaś nazywał ją " plażą małoludną". Wystarczyło przejść się kilkadziesiąt metrów w bok i już można było grać w piłkę albo puszczać latawce. Czego chcieć więcej?
Wszystkie minusy lipcowego wyjazdu, przynajmniej w teorii, zostały wyeliminowane, a mimo to...bywało różnie. Jak to w lipcu. Tylko dlaczego?
Trudniejszy okres trwa. Może zaczął się wcześniej, jeszcze przed wyjazdem. Może to ta zabiegana końcówka czerwca, z zakończeniem roku i szpitalem w tle? Kiedy się jednak ogarniemy pomału i wszystko wróci na normalne tory, napiszę trochę o wakacjach, które mimo wszystko miło wspominamy.

Tymczasem zapraszam - w zakładce fotografie dwa ostatnie zdjęcia. 

wtorek, 27 czerwca 2017

Koktajl truskawkowy

Element kulinarny, wbrew pozorom, jest tylko tłem. W ogóle miałam napisać o zakończeniu przedszkola, przyszłej szkole, o konferencji...Jednym słowem tyle ważnych tematów czeka, a mnie dziś naszło na pisanie o truskawkach. 
Taka sytuacja z dzisiejszego popołudnia, banalna niby i zarazem całkiem przyjemna - wspólne przygotowywanie jedzenia. Dzisiaj jednak zainspirował mnie nie tyle aspekt kulinarny czy też rodzinny, co sposób, w jaki Adaś przygotowywał koktajl.
Nie wiem jednak, czy ktokolwiek po tym wstępie zrozumie, o co mi chodzi, przejdę więc od razu do rzeczy.

Wychodząc na zakupy poprosiłam Adasia, żeby zebrał truskawki. Tak, mamy swoje! W tym roku już się kończą, ale w przyszłym roku zapraszamy, są naprawdę dobre. 
Wróciłam z zakupów. Adaś już w progu pokazał mi, co zebrał - truskawki i porzeczki. Oczywiście nie miałam nawet sekundy, żeby w spokoju rozpakować przyniesione rzeczy. Adaś nie mógł się doczekać. Nie umie czekać. Wszystko musi być "na już". 
Miałam właściwie zamiar sama szybko rozpakować zakupy i zrobić deser, ale skoro synek tak się spieszył do pomocy, jak mogłabym nie skorzystać. Poprosiłam więc, żeby przygotował owoce do zblendowania. 
Ja zajęłam się zakupami, Adaś truskawkami. 
Rozpakowując plecak słyszałam tylko dobiegające zza moich pleców:
-Jedna truskawka...dwie porzeczki...jedna truskawka...dwie porzeczki...
Cały talerz został wypełniony truskawkami i porzeczkami w tejże idealnej proporcji. Nie wiem czemu tak, ale widać Adaś uznał, że akurat tak ma być.
Za mało jednak byłam precyzyjna we wstępnych instrukcjach i tą drogą po chwili w naczyniu od blendera wylądowały owoce we właściwej proporcji co prawda, ale za to  nieobrane i nieumyte.
Tłumaczę więc, że owoce trzeba obrać i umyć. Wspólnie wyciągamy szypułki z truskawek. Porzeczek ruszać nie trzeba, bo zostały już z nich tylko pojedyncze kuleczki. Dorzucam truskawki. Tutaj to ja się zapominam - mają być przecież truskawka i dwie porzeczki, a ja dokładam tylko truskawki. 
W końcu Adaś wzdycha i z rozbrajającą szczerością oznajmia mi:
-Wiesz mamo, ja tego nie robię dla przyjemności. Ja to robię tylko dla ciebie. Jeśli o mnie chodzi, to wolałbym poleżeć na kanapie.
Podejrzewam, że istotny wpływ na to szczere wyznanie miał fakt, iż na rękach miał już nieco rozciaptanych truskawek.
Doceniłam jednak poświęcenie, przytuliłam mojego pomocnika i dokończyliśmy obieranie owoców. 
Teraz czas na ich umycie. Adaś rzucił się szukać sitka. Okazało się, że sitko samo jest do umycia. 
-Mamo! Ale mogłabyś mi trochę pomóc, prawda? Nie mogę przecież WSZYSTKIEGO robić sam! - zawołał w końcu dramatycznym i błagalnym tonem.
Umyłam sitko. Adaś umył owoce. To było znacznie ciekawsze zadanie. Owoce leżą sobie w sitku, woda leci...a potem trzeba było te owoce naprawdę umyć.
Kiedy owoce były już gotowe, dolałam mleka i poprosiłam Adasia, żeby dosypał "trochę" cukru.
-Ile to jest trochę? 
Właśnie, jak wyjaśnić, ile to jest trochę...
Na koniec szklanki i słomki. Za słomki odpowiadał Adaś. Chyba nie muszę pisać, jak wszystkie elegancko i równo zostały włożone. 

Niezwykła precyzja, a zarazem te najprostsze sprawy...
Adaś przygotował koktajl truskawkowo-porzeczkowy (prawie) zupełnie sam.

To z kolei torcik owocowy przygotowany przez Adasia dzień wcześniej (naprawdę oddzielał każdą pojedynczą kuleczkę i zajęło to jakąś godzinę).