niedziela, 30 kwietnia 2017

Taki mamy klimat

Po poprzednim wpisie znów muszę przyznać, że wiele zależy od ludzi. W Niedzielę Wielkanocną bowiem wybraliśmy się wszyscy, we trójkę, do kościoła na mszę dla dzieci. W innej parafii, żeby była jasność. Tym razem to aż mi się łza wzruszenia zakręciła w oku, kiedy na czas kazania ksiądz poprosił dzieci o podejście pod ołtarz, a Adaś, który o wszystkim został uprzedzony, czekał tylko na te słowa i pierwszy pobiegł do przodu. Centralnie przez środek jednego z największych wrocławskich kościołów (zapobiegawczo usiedliśmy zupełnie z tyłu, żeby się w razie czego ewakuować). Przez chwilę zaliczyłam nawet lekką panikę pod tytułem "gdzie jest moje dziecko?"; tak szybko poleciał, że nie nadążyłam. Kazanie było dla dzieci - proste i z pytaniami. 
Patrząc na to wszystko myślałam sobie, jak niewiele trzeba, żeby msza dla dzieci była naprawdę dla dzieci. Jak niewiele i zarazem jak wiele. Chęci przede wszystkim. Poza tym niewątpliwie trzeba mieć "to coś". Przypomniałam sobie, jak w czasach mojego dzieciństwa i młodości wyglądało to zupełnie tak samo, jak dzieci podchodziły pod ołtarz, a ksiądz nieraz musiał mierzyć się z dziecięcą prostotą i szczerością; i jak na modlitwie wiernych po tysiąc razy z uśmiechem powtarzał, że modlimy się "do Maryi" a "za Maryję" już się modlić nie trzeba.
Adaś stał co prawda plecami do wszystkich i tak się z mężem nawet zastanawialiśmy, na co nasz syn patrzy - a patrzył na płomień świecy, ale to i tak było dużo. Bardzo dużo.

Tymczasem po tym, co napisałam ostatnio, czuję się, jakbym miała pewnego rodzaju dejavu.
Jak się nie nadaje, to niech nie przychodzi. Teraz, o zgrozo, słyszą to rodzice niepełnosprawnych dzieci w kontekście edukacji. Zmiany w systemie edukacji zakładają brak możliwości prowadzenia nauczania indywidualnego na terenie szkoły. Z takiej formy nauczania indywidualnego korzystają między innymi niektóre dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, u których z jednej strony zdolność koncentracji podczas zajęć prowadzonych w klasie jest mocno ograniczona, a z drugiej strony kontakt z rówieśnikami jest nieoceniony z punktu widzenia terapeutycznego. Tak prawdę mówiąc mogłoby się okazać, że w tym całym nowym systemie edukacji dzieci z podobnymi problemami nie podlegają pod żadną kategorię i wyjścia zostałyby dwa - nagiąć w jedną stronę, żeby "nadawały" się do szkoły specjalnej, albo w drugą - cudownie uzdrowić i posłać do szkoły masowej. Żadne z korzyścią.
Nas temat nauczania indywidualnego nie dotyczy, przynajmniej na razie. Adaś jest u początku swojej drogi edukacyjnej, w cieplarnianych jeszcze - przedszkolnych warunkach. Nie oznacza to jednak, że zamiar zamknięcia niektórych uczniów w domach bez wyraźniej potrzeby mnie nie oburza. Oburza czy bardziej smuci? Sama już nie wiem.
Podobno protesty działają. MEN dementuje, że miał na myśli to, co miał na myśli. Mętnie tłumaczy, że to wcale nie tak, jak zapisano w rozporządzeniu. W tym względzie akurat głęboko wierzę, że "to nie przejdzie" i nikt nie zabierze tym dzieciom, dla których to jest najlepszym rozwiązaniem, możliwości indywidualnej nauki z nauczycielem w szkole. Nie zabierze, bo sprawa zrobiła się medialna i jakoś tak głupio się podpisać pod tak dyskryminującym pomysłem.

Zdecydowanie bardziej obawiam się jednak o to, co będzie dalej. Obawiam się, że teraz taki mamy klimat po prostu. Nie tak dawno toczyła się debata nad upchnięciem - przepraszam za słowo - wszystkich dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych w osobnych szkołach. W najlepszym przypadku - w osobnych klasach. Teraz nauczanie indywidualne tylko w domu.
Przez lata ogromne wysiłki szły w stronę włączania osób niepełnosprawnych, począwszy od edukacji, poprzez rynek pracy, szeroko pojętą kulturę...Wiele zapewne jeszcze było do zrobienia, ale - przykładowo - osoba z zespołem Downa w autobusie nikogo już nie dziwiła. Osoby różnego rodzaju niepełnosprawnościami nie były już skazane na życie w czterech ścianach, tak, by nawet sąsiedzi nie wiedzieli o ich istnieniu...Mamy teraz robić krok wstecz?
Najbardziej mnie boli, że może są ludzie, którzy naprawdę tak myślą? Bo jak raz coś takiego usłyszę, to wiecie - ludzie są różni. Ale ja coraz bardziej czuję, że to nie jest przypadek. To jest taki klimat właśnie, gdzie niepełnosprawność spychana jest w obszar pomocy charytatywnej, czterech ścian domu i wytrwałości matczynej. Ludzie mogą najwyżej kiwać głowami, współczuć i wrzucić parę groszy. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza